Były niemiecki tenisista nr 1: „Jannik ma za sobą pięć finałów turniejów wielkoszlemowych z rzędu… Carlos to artysta, który wydaje się wreszcie dojrzały, choć może przegrać z każdym”
Boris Becker jest wnikliwym obserwatorem tenisa. Niestrudzony jako komentator telewizyjny, pojawił się również w księgarniach ze swoją biografią zatytułowaną „Inside. Wygrywać, przegrywać, zaczynać od zera”, wydaną przez Mondadori, w której opowiada również o trudnych chwilach spędzonych w więzieniu. Teraz, jako Włoch z wyboru, na stałe powrócił do tenisa, opisując go okiem kogoś, kto zapisał się w jego historii.
Boris, wszyscy się zastanawiają: czy zobaczymy kolejny finał pomiędzy Jannikiem Sinnerem a Carlosem Alcarazem tutaj, w Turynie?
„Gdybym zdjął swoje »niemieckie okulary«, powiedziałbym, że szanse są bardzo duże. Jannik jak dotąd wydawał się być naprawdę w świetnej formie, to samo dotyczy Carlosa. Znak zapytania budzi dla mnie Zverev. Ma talent, by pokonać obu, zwłaszcza na kortach halowych, ale musi odzyskać swoją najlepszą formę”.
Kilka dni temu na stronie Sports Predictions opublikowaliśmy artykuł zatytułowany „Bum Bum Jannik” ze względu na wszystkie asy, które zagrał. Co o tym sądzisz?
„Uważam, że Simone Vagnozzi i Darren Cahill wykonali fantastyczną pracę po US Open, aby poprawić serwis Jannika. Latem właśnie tego uderzenia mu brakowało, zwłaszcza w finale w Nowym Jorku: moim zdaniem Alcaraz był lepszym graczem, ale także lepszym serwującym. Serwis to jedyne uderzenie, w którym przeciwnik nie bierze udziału – wszystko zależy wyłącznie od ciebie. Od tamtej pory Jannik nieco zmienił technikę, nawet sposób podrzutu piłki jest inny. Ogromną różnicą między Sinnerem z lata a obecnym jest właśnie serwis, a na halowych kortach ma to ogromne znaczenie”.

A propos serwisu: Toni Nadal twierdzi, że tenis staje się nieco nudny, ponieważ jest to jedyny sport, który zaczyna się od rzutu karnego, czyli od serwisu, i że należałoby coś zmienić. Zgadza się Pan z tym?
„Bardzo szanuję Toniego, ale w tej kwestii się z nim nie zgadzam. Myślę, że tenis przeżywa globalny boom: nigdy nie był tak popularny jak teraz. A to zasługa Federera, Nadala i Djokovica: ta trójka wyniosła tenis na zupełnie nowy poziom. Alcaraz i Sinner utrzymują go na tej wysokości. Chciałbym jednak, aby w przyszłym roku jeszcze kilku innych graczy wygrało turnieje wielkoszlemowe. Jak dotąd byli to prawie wyłącznie Jannik i Carlos, co wiele o nich mówi, ale byłoby wspaniale zobaczyć, jak inni dołączają do grona zwycięzców”.
W 2026 roku zarówno Carlos, jak i Jannik mogliby skompletować Career Grand Slam. Który z nich zrobi to jako pierwszy?
„Moim zdaniem nieco niezauważony pozostał fakt, że Sinner dotarł do finału wszystkich czterech turniejów wielkoszlemowych. To niesamowite osiągnięcie. Przegrał w Paryżu i Nowym Jorku, ale dotarcie do finału czterech turniejów wielkoszlemowych z rzędu – a właściwie pięciu, jeśli doliczyć US Open z poprzedniego roku – to coś niezwykłego, o czym nie mówi się wystarczająco dużo. Jeśli chodzi o przyszły rok, znak zapytania pozostaje ten sam: czy Sinner i Alcaraz nadal będą dominować? Są młodzi, wciąż mają ogromną motywację i na razie trudno mi wyobrazić sobie kogoś, kto mógłby zmienić ten scenariusz”.
W drugiej połowie sezonu widzieliśmy Alcaraza bardzo solidnego we wszystkich aspektach gry, również pod względem psychicznym. Czy, Pana zdaniem, dokonał on ostatecznego przejścia od „chłopca” do dorosłego gracza?
„Zawsze postrzegałem Alcaraza jako artystę tenisa. A artyści bywają kapryśni: mają dni wspaniałe i dni gorsze. Zawsze uważałem, że w szczytowej formie Carlos jest silniejszy od wszystkich, ale w gorsze dni mógł przegrać nawet z graczami znacznie słabszej klasy. W tym roku ta niestabilność praktycznie zniknęła. Dojrzał. Zasługuje na pierwsze miejsce w rankingu, nawet jeśli walka jest bardzo zacięta, ponieważ ogólnie był najlepszym graczem: jego stabilność wzrosła na wyższy poziom. Wielką siłą Jannika zawsze była stałość; Carlos bardzo ciężko pracował właśnie nad tym aspektem i zebrał tego owoce”.

Dwaj najlepsi tenisiści świata są rywalami i przyjaciółmi: czy kiedykolwiek przyjaźnił się Pan z którymś ze swoich wielkich rywali?
„W naszych czasach nie byliśmy przyjaciółmi. Takie coś po prostu nie istniało. Wyobraź sobie mnie jako przyjaciela McEnroe’a czy Lendla… niemożliwe. (Śmiech, red.) Z Stefanem Edbergiem dobrze się dogadywałem, bardzo go szanowałem, ale to nie było tak jak dzisiaj. Moim zdaniem kwestia przyjaźni między rywalami zmieniła się wraz z pojawieniem się Federera i Nadala. To właśnie oni zmienili sposób, w jaki dwaj wielcy przeciwnicy traktują się nawzajem, i to była dobra zmiana: świetny przykład dla młodych. Uważam za wspaniałe, że Sinner i Alcaraz mają taką chemię poza kortem: widać między nimi wielki wzajemny szacunek, lubią się, nie mają problemów z robieniem rzeczy razem. A jednak na korcie są zaciekłymi rywalami. To pozytywny wzór dla nowego pokolenia”.
A kto mógłby w przyszłości dołączyć do ich idylli?
„Mam nadzieję, że Sascha Zverev, zanim zakończy karierę, zdoła wygrać przynajmniej jeden turniej wielkoszlemowy. Ma talent, by to osiągnąć. Potem trzeba będzie poczekać na następne pokolenie. Myślę o takich zawodnikach jak Joao Fonseca, o Włochu, jakim jest Lorenzo Musetti, o Jacku Draperze, jeśli będzie w pełni sprawny, o Benie Sheltonie… Moim zdaniem są jeszcze trochę daleko od tego poziomu, ale nie zdziwiłbym się, gdyby w przyszłości wygrali turniej wielkoszlemowy”. Mówił o Musettim: przyjechał tu praktycznie wyczerpany po ośmiu kolejnych tygodniach spędzonych na korcie. Czy w przyszłym roku uda mu się utrzymać się na stałe w pierwszej piątce?
„Myślę, że tutaj zrobił prawdziwy skok jakościowy: pierwszy udział w finałach ATP, pierwsze wejście do pierwszej dziesiątki. Było mi go żal, bo w meczu z Alcarazem wyraźnie brakowało mu energii, nie miał siły w nogach. Ale widzę, że wciąż się rozwija. Nie sądzę, by 7. miejsce w światowym rankingu było dla Lorenza punktem końcowym. Tak, wierzę, że może dostać się do pierwszej piątki”.
Jesteśmy na ostatnim turnieju w tym roku, mówi się o zbyt napiętym kalendarzu, ale od 2028 roku odbędzie się jeszcze jeden turniej Masters 1000 w Arabii Saudyjskiej: co o tym sądzisz?
„Turniejów jest wiele, to pewne. Ostatecznie to gracze decydują, ile tygodni z rzędu chcą grać. Jednak kibicom trudno jest śledzić tenis co tydzień, może to być mylące. Czasami odbywają się dwa turnieje w tym samym czasie, a zwłaszcza w drugiej połowie roku, kiedy wszyscy starają się zakwalifikować do finałów, sytuacja się komplikuje. Myślę, że jest za dużo tenisa. Publiczność powinna „być trochę głodna”: jeśli tenis jest co tydzień, oferta staje się nasycona. Dla zawodników to okazja do ciągłej pracy, ale dla kibiców i mediów to naprawdę dużo, może nawet za dużo”.
A to jeszcze nie koniec: w przyszłym tygodniu odbędą się finały Pucharu Davisa, w których Włochy będą bronić tytułu, a Niemcy będą walczyć o zwycięstwo. Jak pan to ocenia?
„Pojadę do Bolonii na uroczystość ku czci Nikiego Pilica i poprowadzę niemiecką drużynę. W końcu znów walczymy o Insaliatierę. Powiedzę nawet więcej: z Zverevem i solidną parą deblową Krawietz–Puetz uważam, że Niemcy są drużyną, którą trzeba pokonać”. Słowo Bum Buma.
