Były skrzydłowy Milanu między bólem a wspomnieniami: „Mój syn był sportowcem, uprawiał jiu-jitsu, ale cały dzień spędzał na „paryciu”. Na początku miałem przejść do Juve, Ancelotti chciał mnie, Didę i Marcio Amoroso. Z Zaccheronim to był koszmar, na szczęście, że…”
Jego twarz staje się poważna, gdy tylko porusza się ten temat. Znika zwyczajowy uśmiech z 32 zębami, spojrzenie staje się ponure. „Nigdy nie przyzwyczaję się do rozmowy o śmierci mojego syna. To tragedia, która podważyła wszelką pewność. Od roku moje życie jest wywrócone do góry nogami”. Serginho odpowiada z Mediolanu, gdzie mieszka z rodziną. Podróżuje tam i z powrotem do Brazylii, ale jego bazą jest Włochy, miasto, które pozostało w jego sercu, podobnie jak klub Rossoneri i trybuna południowa. Kiedy rozmawiasz z nim o jego Milanie, daje się ponieść emocjom i zwyciężyły wspomnienia. Były brazylijski obrońca wspomina wszystko, od przybycia do Włoch po Berlusconiego, który uczył go wyprzedzania i krycia. Prezes korzystał z pomocy ochroniarzy, wykorzystując manekiny do prowadzenia lekcji taktyki. Do tego dochodzi jeszcze epizod w roli łowcy talentów. „Pomogłem Braidzie i Gallianiemu odkryć Thiago Silvę”.
Serginho, zacznijmy od najtrudniejszego tematu. Nieco ponad rok temu, w sierpniu 2024 roku, odszedł twój syn Diego. Jak żyje się z takim bólem?
„Nie da się opisać słowami rany, jaką pozostawia taka tragedia. Nigdy nie przyzwyczaję się do mówienia o śmierci Diego. Odkąd go nie ma, podważyłem wszystkie pewniki, które miałem. To najsilniejszy ból, jaki człowiek może znieść. Dzisiaj żyję dla niego, jestem pewien, że czeka nas inne życie, w którym będziemy razem na zawsze”.
Wszystko działo się tak szybko, nawet przyczyny długo nie były jasne…
„Miał ból w ramieniu, ale nie rozumieliśmy tego. Był sportowcem, uprawiał jiu-jitsu. Zleciliśmy mu badania, wyniki były idealne. Potem, w ciągu kilku tygodni, jego stan się pogorszył. Ale niemal nagle. Wiem, że winę ponosi palenie: spędzał cały dzień na „vapowaniu” z e-papierosem. Stało się to nałogiem”.
Czy kibice Rossoneri byli przy was?
„Bardzo. W najtrudniejszym momencie czułem ogromną sympatię, nigdy tego nie zapomnę”.
Przejdźmy teraz do jego Milanu, cofając się w czasie. Pamiętasz, kiedy Braida cię zatrudnił?
„Wyobraź sobie, że dzień wcześniej przyszedł mnie zobaczyć Carlo Ancelotti, który w tamtym okresie trenował Juve: rozegraliśmy mecz towarzyski w Fortalezie z reprezentacją Brazylii. Zasugerował on „Bianconim” mnie, Didę i Marcio Amoroso… ale potem pojawił się Braida i wyprzedził wszystkich. Przekonał mnie w dziesięć minut. Przyjechał w towarzystwie Edinho, byłego obrońcy z ponad stu występami w Serie A w barwach Udinese, który pełnił rolę pośrednika i tłumacza. Minął miesiąc i byłem już we Włoszech pod okiem Zaccheroniego”.

No właśnie, Zaccheroni – początki z nim nie były łatwe…
„Koszmar! Spędzaliśmy co najmniej pół godziny na sesjach taktycznych. Zastanawiałem się: »Kiedy w końcu użyjemy piłki?«. Treningi, na których graliśmy 11 na 0 – dla mnie coś nie do pomyślenia. Byłem smutny, marzłem i chciałem odejść”.
Potem przyszedł Cesare Maldini i wszystko się zmieniło.
„Muszę podziękować jemu i Ancelottiemu. Cesare Maldini uratował mi karierę: mówił mi, żebym myślał tylko o ataku, z nim wygraliśmy derby 6:0. Zawsze byłem najlepszy na boisku. Potem przyszedł Carlo i sytuacja zmieniła się na dobre. Byliśmy niesamowitą drużyną, najsilniejszą na świecie w tamtych latach”.
A propos derbów, pamiętasz te 6 dni między dwoma półfinałami?
„To była męka, pamiętam, jak Berlusconi wszedł do szatni, żeby nas zmotywować. Wiem, że Nesta, Pirlo, Gattuso i inni bardzo to przeżywali, do czego przyczyniały się również gazety i telewizja. My, Brazylijczycy, byliśmy natomiast spokojniejsi, z dala od całej tej presji”.
Czy strzelony w finale rzut karny pozostaje najważniejszym momentem w karierze?
„Tak, ogólnie zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Przed rzutem karnym, z Buffonem przed bramką, ta wydawała się malutka. Na szczęście jednak wszystko poszło dobrze”.
Przez lata mieliście wiele powodów do satysfakcji. Wielkie zwycięstwa i dwa tytuły Ligi Mistrzów, a mogły być trzy…
„Uważam, że w Stambule przegralibyśmy, nawet gdybyśmy grali przez cały tydzień. To był przeklęty, nierealny wieczór. Obrona, jaką Dudek wykonał po strzale Shevy, była nadprzyrodzona, rozmawiałem o tym z nim nawet wiele lat później. Na ławce, jeszcze przed rzutami karnymi, byliśmy zdemotywowani i pewni, że będzie źle. Powiedzieliśmy to nawet Carlo: „Mistrzu, przegramy, to jest zaczarowane”. I faktycznie, z jedenastki nie trafiliśmy ja, Pirlo i Szewczenko, trzej najlepsi strzelcy z jedenastki. To była kwestia psychiki, a nie techniki. Albo, jeśli wolisz, czarów…”.
Mówi się, że już w przerwie niektórzy świętowali…
„To wszystko bzdury. Było wręcz przeciwnie: wszyscy się kłóciliśmy, padały nawet ostre słowa. W tamtym sezonie często zdarzało się, że po powrocie na boisko traciliśmy koncentrację. Tak było również w Stambule. Ale niech pan sobie wyobrazi, czy ktokolwiek odważył się świętować”.
Ta drużyna mogła liczyć na świetny zarząd i prezesa z innej epoki, takiego jak Berlusconi. Czy zachował pan wiele wspomnień?
„Oczywiście, mógłbym napisać książkę o prezesie. Był niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Często przychodził do szatni, udzielając wskazówek taktycznych i mówiąc, żebyśmy dali pokaz. Zdarzało się też, że jadł z nami lunch w Milanello. Opowiem panu taką historię: pewnego dnia wziął mnie na bok, żeby nauczyć mnie obrony. „Wyjaśnię ci, jak to robić, musisz grać z wyprzedzeniem” – powiedział. I wyszedł na boisko ze swoim ochroniarzem i kilkoma manekinami, żeby pokazać mi ruchy”.
Po zakończeniu kariery Galliani i Braida zaproponowali jej, żeby pozostała w Milanie, tworząc pomost między klubem a Brazylią. Jak to wyglądało?
„Zadzwonił do mnie Galliani i poprosił, żebym pełniła tę rolę: coś w rodzaju pomostu między klubem a Brazylią. Założyliśmy Milan Junior Club, angażując wielu młodych ludzi. Poza tym, podróżując po kraju, starałam się polecać mu pewne talenty. Wskazałam mu Mirandę i Thiago Silvę, a Braida zakochał się w tym drugim. Miał już wstępną umowę z Interem, a o gracza interesował się również Villarreal. Ale porozmawialiśmy i… w ciągu pięciu minut wybrał Rossoneri. Przekonała go renoma klubu i pomysł rozwoju u boku kogoś takiego jak Sandro Nesta. Z perspektywy czasu powiedziałbym, że dobrze zrobił, z całym szacunkiem dla naszych kuzynów z Interu…”
