Były prezes: „Płakałem z powodu spadku do Serie B. Kiedy zwolniono Gilardino, o czym nie wiedziałem, zrozumiałem, że moja przygoda dobiegła końca. Teraz kibicuję De Rossiemu”
„W swoim życiu pielęgnowałem dwie wielkie pasje: medycynę i Genuę. Nie ma dnia, abym nie myślał o Genui. Profesjonalna piłka nożna jest czymś tak dalekim od miłości do koszulki, jak to tylko możliwe, a jednak podczas mojej prezydentury miałem 30 dodatkowych synów”. Alberto Zangrillo nie stoi już u sterów swojej ukochanej drużyny od prawie roku, ale nie przestał być w niej głęboko zakochany i nigdy tego nie zrobi. Nierozrywalna więź, która wykracza poza rozczarowania i cierpienia ostatniego okresu.
Panie Zangrillo, jak stał się Pan kibicem Genoi?
„Jako chłopiec w latach 70. chodziłem oglądać treningi w Sant’Olcese. W 1988 roku byłem w Modenie na meczu barażowym, dzięki któremu uniknęliśmy spadku do Serie C. W tym roku urodził się mój pierwszy syn, Andrea, największy kibic Genoi, jakiego znam. A jednak Andrea stracił teraz ochotę na chodzenie na stadion”.
Czy w Pana przypadku było podobnie?
„Odczuwam wielką gorycz z powodu tego, co się stało, ale jestem bardzo wyrozumiały i nie rezygnuję z Genoi. Kupiłem karnet online, mimo że w kasie otrzymali polecenie, by mi go nie sprzedawać jako osobie niepożądanej przez klub: mój gest został odebrany jako prowokacja. Kiedy idę na stadion Ferraris, pracownicy Genoi, których spotykam, spuszczają wzrok, by nie dać się przyłapać na tym, że mnie witają. Rozumiem ich i wybaczam im. Kiedy jeszcze zasiadałem w zarządzie, odebrano mi przepustkę samochodową i dawano mi bilety w sektorze gości. To wszystko są sygnały, prawda? Bardzo mi przykro, to były trzy wspaniałe lata, podczas których mogłem realizować swój sposób bycia prezesem-kibicem, co jest obecnie gatunkiem wymierającym. Odchodzę pokonany, ale z dumą, że przyczyniłem się do wzbudzenia entuzjazmu i przyciągnięcia najmłodszych kibiców na stadion.

Czy opowie nam Pan, co się wydarzyło?
„Wiosną 2024 roku doszło do nie do pogodzenia konfliktu z kierownictwem klubu. Prowadziłem stały dialog z osobami, które nadal wspierały finansowo Genoę; moim kontaktem był doradca bankowy A CAP. Następnie doszło do podwyższenia kapitału, za którym zagłosowałem dla dobra Genui, dowiadując się później o nieoczekiwanym rozwoju sytuacji, o którym nie poinformowano mnie. Czuję się zdradzony i rozczarowany. W piłce nożnej przeszliśmy od zarządzania rodzinnego do trudnych do oceny podmiotów gospodarczych, które składają obietnice. Sam padłem ofiarą obietnic, które okazały się bezpodstawne. Takie ryzyko się dziś podejmuje, zysk jest celem nadrzędnym. Kiedy po raz pierwszy i ostatni wszedłem do wielkiego mediolańskiego hotelu podczas okienka transferowego, zrozumiałem, że muszę stamtąd jak najszybciej wyjść. Było to środowisko, w którym nieprawdopodobne postacie czuły się panami świata. Jednak jestem dumny, że reprezentowałem Genoę, zdobywając szacunek i zaufanie w instytucjach. Uważam, że nie można było zrobić nic lepszego. Sprawiłem, że klub był słyszalny w kręgach władzy”.
Czy znalazł Pan wyjaśnienie, dlaczego tak się to skończyło?
„Uważam, że przyczyną jest głęboka niechęć między mną a dyrektorem generalnym Andresem Blazquezem, a także wzajemna nieufność. Jednak on miał znaczenie, a ja nie – akceptuję to. Pamiętam kolację sprzed czterech lat w domu Diego Della Valle w Mediolanie. On mnie lubi i nie rozumiał, dlaczego pakuję się w kłopoty, przyjmując stanowisko prezesa Genui. Bronił mnie Remo Ruffini, ponieważ wiedział, że jestem szczęśliwy. Przez dwa lata Remo pomagał Genui bez żadnego wynagrodzenia, liczył jedynie na moją wdzięczność”.

Jakie relacje łączyły Pana z kibicami?
„Najpiękniejszym momentem był transparent, który poświęciła mi Gradinata Nord: »Panie Prezesie, dziękujemy za to, że zawsze jest Pan z nami«. To przesłanie jest proste, ale bardzo mocne. Kibice zrozumieli, że zawsze byłem z Genoą i nic mnie nie powstrzymało, nawet poważna choroba nowotworowa, z którą zmagałem się w 2024 roku, przechodząc niewyobrażalne terapie, cykle chemioterapii i radioterapii. Wszyscy o tym wiedzieli, ale od 18 grudnia 2024 roku nikt nigdy nie skontaktował się ze mną telefonicznie z Pegli. Tylko Mattia Bani, kiedy przybył do Palermo”.
Czy spadek z ligi był najbardziej bolesnym momentem Pana prezydentury?
„Trudno było to zaakceptować, ale potem okres w Serie B okazał się najpiękniejszy. Po meczu z Napoli w maju 2022 roku widziałem tylko dwie osoby płaczące: mnie i Marco Rossiego. Czuło się jednak szansę na odrodzenie. Odczuwałem to tak silnie, że osobiście wziąłem na siebie odpowiedzialność za hasło „Only One Year” – tylko jeden rok w Serie B. Przeprosiłem kibiców, obiecując, że natychmiast wrócimy do Serie A. I tak się stało. Najgorszym momentem było zwolnienie Gilardino, który bardzo utożsamiał się z moją osobą. Stało się to bez mojej wiedzy i wtedy zrozumiałem, że moja przygoda z Genoą dobiegła końca”.

Czy De Rossi jest odpowiednią osobą, by zapewnić drużynie utrzymanie?
„Darzyłem Gilardino sympatią, ceniłem go za jego cechy ludzkie, a nie zdążyłem poznać Vieiry, ponieważ w tamtym okresie lepiej było, żebym się nie pokazywał. Uważam, że De Rossi ma w genach najlepsze cechy, by kierować Genoą. Piłkarze to porządni chłopcy, podstawa jest solidna, a ja kibicuję mu: może ożywić drużynę, jeśli – jak sądzę – zdoła zdobyć serca chłopaków, słuchając wyłącznie samego siebie”.
Jak widzi Pan przyszłość Genui?
„Nie wiem, ale zależy to od jednej rzeczy: entuzjazmu kibiców Genui, którzy doceniają każdy wysiłek, jeśli czują, że cel jest osiągalny. Przykładem tego jest kampania „Only One Year””.
A gdyby pewnego dnia zaproponowano Panu ponowne objęcie funkcji prezesa?
„Śmiem twierdzić, że to się nie wydarzy i nie chcę, aby się wydarzyło. W takim przypadku odmówię, ponieważ wiele wycierpiałem. Doświadczyłem złośliwości pozbawionej jakiegokolwiek szacunku. Nie w ten sposób uleczyłbym swoje serce. Dałem z siebie wszystko, ponowne kandydowanie byłoby głupotą i nie zostałoby zrozumiane”.
