Były środkowy obrońca Lazio jest członkiem sztabu trenerskiego Al-Hilal Inzaghi: „Mieszkamy w osiedlach i dostosowujemy się do ich kultury, modlimy się 5 razy dziennie, a treningi odbywają się po południu. W Formello na początku nazywali mnie szpiegiem, bo grałem w Romie, szkoda tylko, że nie grałem w reprezentacji”
Historia Sebastiano Siviglii pokazuje, że jeśli dawne życie wyciąga do ciebie rękę, należy ją uścisnąć, nawet jeśli trzeba przejść kawałek przez pustynię i zmienić drogę. „Seba, co robisz? Idziesz ze mną?”, zapytał mnie Simone na początku czerwca. I poszedłem za nim”. Były środkowy obrońca Lazio został asystentem technicznym swojego przyjaciela Inzaghi w Al-Hilal, rozpoczynając od nowa w Rijadzie po trzech latach przerwy.
Jak wygląda życie w Arabii?
„Mieszkamy w osiedlach, gdzie jest wszystko. Rijad to jeden wielki plac budowy, gdzie nieustannie coś powstaje. Trzeba dostosować się do ich kultury. Tutaj trenuje się po południu, a nie rano, modlitwa odbywa się pięć razy dziennie”.
Dlaczego miał trzyletnią przerwę?
„Po Potenza miałem kilka ofert, ale nic konkretnego. Kiedy Simone do mnie zadzwonił, nie zastanawiałem się ani chwili”.
Jak bardzo zmienił się w porównaniu z Inzaghim-piłkarzem?
„Bardzo. W Lazio nieustannie żartowaliśmy i śmialiśmy się. On i Tare dokuczali sobie nawzajem. Pewnego razu Igli wypił dwa litry herbaty w pięć minut z powodu przegranego zakładu”.
A skąd zaczyna się historia Sevilli?
„Z Palizzi, małej wioski w prowincji Reggio Calabria. Ojciec był robotnikiem, matka gospodynią domową. Mówiono mi, że piłka nożna nie zapewni mi utrzymania. Uczyłem się na księgowego, gdyby nie gra, pracowałbym w branży nieruchomości. Jednak to „brak zainteresowania” dał mi swobodę. Zaczynałem w Interregionale, potem trafił do Parmy, ale w wieku 18–19 lat, po odbyciu służby wojskowej, myślałem o rzuceniu wszystkiego”.
Dlaczego?
„Byłem zarejestrowany w Audax Ravagliese. Parma wypożyczyła mnie. Ale prezes zmarł i zostałem bez agenta. Półtora roku przerwy. Pomyślałem: »Po co mam grać?«. Pewnego dnia zadzwoniłem do Salvatore Matrecano i zaproponowałem się do Noceriny, w C2. Zgodzili się. Tak zaczęło się moje odrodzenie. Jedno z wielu. Dwa awanse w ciągu dwóch sezonów, ostatni do B z Delnerim”.
Ostatecznie awans do A nastąpił z Veroną, latem 1996 roku.
„A nawet nie chciałem tam jechać. »Teraz pakujesz się i jedziesz na Bentegodi. Natychmiast”, powiedział mi Delneri. W tym dziwnym dialekcie, który rozumiał tylko on. To było decydujące”.

Najpierw Atalanta, potem Roma. Dlaczego tam nie poszedłeś?
„Chcieli mnie West Ham i Betis, ale Giallorossi zdobyli mistrzostwo. Zadebiutowałem w Serie A przeciwko Fiorentinie z Batistutą, który potem trafił do Romy. Dla mnie było to jak zamknięcie koła, ale grałem mało. Z perspektywy czasu była to zła decyzja. Sam zdecydowałem się odejść”.
Parma i Atalanta przed drugim odrodzeniem, ale: Lecce.
„Tam poznałem moją partnerkę i urodziły się moje córki. Potrzebowałem ciepła południa. Pamiętam Corvino, tego dobrodusznego zrzędę, od którego trzeba było uciekać, gdy się wkurzył, oraz drugą połowę sezonu, w której zdobyliśmy ponad 30 punktów”.
W końcu Lazio. Jak doszło do tego transferu?
„Trasa z Parmą w Walencji. Była późna noc, około drugiej. Zadzwonił telefon. „Hej, to z Sewilli? Chcesz do nas zagrać?”. Zapytałem, kto dzwoni. „To prezes Lotito”. Byłem jednym z dziewięciu zawodników, których pozyskał w ciągu jednego dnia”.

Czy na początku przyjęto cię z sceptycyzmem?
„Tak, również ze względu na moją przeszłość w Romie. Niektórzy nazywali mnie szpiegiem. Ale czas wszystko wymazał. Lazio było arcydziełem mojej kariery. Partnerką, z którą zamierzałem zestarzeć się”.
Najpiękniejsze wspomnienie?
„Bramka piętką przeciwko Fiorentinie w 2010 roku, którą nazywam »piętką Boga«. Ostatnia bramka w Serie A w ostatnim roku mojej kariery piłkarskiej. Wymazałem gwizdy z poprzedniego roku, kiedy świętowałem gola z Torino, zakrywając uszy dłońmi”.
Dlaczego to zrobiłeś?
„Szło nam słabo, kibice byli wściekli. Chciałem powiedzieć kibicom na trybunach, żeby trzymali się nas, ale stadion mnie wygwizdał. Leżałem na ziemi, rozczarowany. To podbicie przeciwko Fiorentinie wszystko naprawiło. Ale gdyby to zależało ode mnie, grałbym jeszcze rok w Lazio”.
Różne anegdoty. Jakaś o Lotito?
„W noc przed finałem Pucharu Włoch w 2009 roku zadzwonił do mnie ponownie. „Sebastiano, musimy wygrać”. „Jutro to my podniesiemy trofeum”. Było to pierwsze zwycięstwo za jego kadencji, a rok później w Pekinie zdobyliśmy Superpuchar. Dziękuję Matuzalemowi, bo pomógł mi zdobyć tytuł, strzelając gola… nosem. Fenomen. Gangster z techniki i waleczności. Trochę Pirlo, trochę Gattuso, z zachowaniem odpowiednich proporcji”.

Nosiłeś też koszulkę z numerem 13 Nesty.
„To była duma, ale Sandro to Sandro. Byłem jednym z symboli robotniczej Lazio, która w tamtym okresie budziła też trochę marzeń. W 2007 roku graliśmy w Lidze Mistrzów przeciwko Realowi. Ja, Mutarelli, Ballotta, Mudingayi. Po drugiej stronie byli Raul, Sneijder, Van Nistelrooy. Ale skończyło się 2-2”.
Kolejne nazwisko: Paolo Di Canio.
„Przed derbami 6 stycznia, które wygraliśmy 3:1, a w których nie grałem, zabrał drużynę do domu, żeby obejrzeć film „Braveheart” i zmotywować wszystkich przed meczem”.
Skoro mowa o derbach. Nazwał pan Tottiego „rogatym”.
„Bo on powiedział do mnie „pedał”. Ale to była tylko zabawa: na tym się skończyło” .
Czy ma pan jakieś żale?
„Chciałbym zagrać w reprezentacji. W 2005 roku, za czasów Lippiego, byłem blisko: znalazłem się na liście 36 nazwisk przed tournée po Stanach Zjednoczonych. Nie pojechałem, ale przeżyłem to, na co zasłużyłem. A potem miałem Lazio. A Lazio było moim życiem”.
