Były rozgrywający Parmy i Atalanty prowadzi dziś restaurację i niczego nie żałuje: „Byłem mało profesjonalny, nie lubiłem biegać. W Interze żałuję, że rozzłościłem Morattiego. Ghirardi mnie rozczarował, ale czas okazał się łaskawy…”
Jeśli to prawda, że każda szanująca się powieść kryminalna wymaga morderstwa, to historia Domenico Morfeo jest opowieścią bez szczęśliwego zakończenia, która pozostawia miejsce tylko na żal. Jakbyśmy wciąż czekali na zakończenie, właśnie na to morderstwo. Morfeo miał lewą nogę, która śpiewała, był obdarzony niesamowitą klasą i na zawsze pozostanie winny tego, że dał nam złudną nadzieję, że może zapisać się w historii. „Nigdy nie byłem profesjonalistą. Gdybym dobrze trenował i miał inne nastawienie, kto wie…”. Zamiast tego pozostanie wielkie „co by było, gdyby”, żal za wszystkim, co mogło być, a nie było. Obserwując go w grze, miało się wrażenie, że ma się przed sobą geniusza, któremu zbyt ciasno było w lampie, żonglera o wielkim talencie, który nie potrafił w pełni się wyrazić. Przez całe życie był cudownym dzieckiem, biorąc na swoje barki ciężar obietnicy, której nigdy nie spełnił. Dzisiaj prowadzi restaurację w Parmie, jest szczęśliwy, a kiedy się otwiera, opowiada o sobie bez ogródek, pokazując się takim, jakim widzieliśmy go przez piętnaście lat kariery: prawdziwym, bezpośrednim, takim, który mówi wprost, co myśli, i nie owija w bawełnę. Tematyka sięga od Adriano przez Gilardino i Prandelliego aż po numer dziesięć Interu i jego serce podzielone między Bergamo a Parmę.
Morfeo, zacznijmy od żalu. Czy ma pan jakieś?
„Żałuję, że nie zawsze byłem profesjonalistą. Gdybym miał inne nastawienie, kto wie, jak daleko bym zaszedł. Tego mi brakowało, nie lubiłem biegać ani trenować”.
W 1996 roku w meczu z Hiszpanią strzelił decydującego karnego, który zapewnił zwycięstwo w mistrzostwach Europy U-21: w Serie A w tamtym czasie wszyscy go chcieli.
„Grałem bezmyślnie, dla mnie to była zarówno przekleństwo, jak i błogosławieństwo. Dzisiaj być może postąpiłbym inaczej. Piłka nożna była moim najlepszym przyjacielem, pozwoliła mi zdobyć wszystko, co mam dzisiaj, ale w niektórych sytuacjach, których doświadczyłem, była też moim wrogiem”.
Czy ktoś cię rozczarował?
„Pokłóciłem się z wieloma osobami, powiedziałbym, że prawie ze wszystkimi. Świat piłki nożnej to świat bez przyjaźni, oparty na relacjach opartych na korzyściach. Jeśli miałabym wymienić kogoś, kto naprawdę mnie rozczarował, to byłby to prezes Parmy, Ghirardi. Ja zgodziłabym się nawet na spadek do Serie B, a on zamiast tego wypowiedział mi wojnę. Ale czas jest sprawiedliwy… okazało się, jakim był człowiekiem”.
Czy w Parmie widać było Morfeo w najlepszym wydaniu?
„Tak, czułam się silna tam, gdzie mogłam być sobą. W Parmie, w Bergamo, w Weronie. Powiedzmy, że nie przepadałem za taktycznymi narzuceniami”.

Gdyby mógł komuś podziękować?
„Podziękowałbym Prandelliemu. To on dał mi szansę debiutu, był dla mnie jak drugi ojciec. Bardzo dobrze przygotowany, zdolny i inteligentny trener. Najlepszy, jakiego kiedykolwiek miałem, i jeden z absolutnie najlepszych w Europie”.
W swojej karierze grałeś u boku wielu wielkich napastników. Kilka słów o każdym z nich. Gilardino?
„W Parmie świetnie się bawiliśmy z Gilą. Wyobraź sobie, że na treningach nikt go nie chciał, nie strzelał nawet rękami. Potem Adriano doznał kontuzji, a on zaczął strzelać gole seriami. Ileż to asyst mu podałem…”.
To pan wspomniał o Adriano. Graliście razem zarówno we Florencji, jak i w Parmie.
„Prawdziwa bestia. Dla mnie najlepszy, jakiego kiedykolwiek widziałem. Ja i Adri byliśmy bardzo zżyci. Zabrałem go do siebie do San Benedetto dei Marsi i w barze zobaczyliśmy starszych panów grających w karty. Powiedział mi wtedy: »Gdy strzelę pierwszego gola, będziemy świętować właśnie tak«. Strzelił od razu, a my świętowaliśmy w ten sposób”.
Mówi się, że Inzaghi dał ci 5 milionów po tym, jak wygrał klasyfikację królów strzelców z Atalantą w sezonie 1996–1997.
„Co za wysiłek było patrzeć, jak Pippo wyciąga pieniądze… powiedzmy, że był trochę skąpy. Ale w Reggio, przed ostatnim meczem, powiedział mi, że jeśli pomogę mu wygrać klasyfikację strzelców, da mi 5 milionów lir. Strzelił dwa gole i wypisał mi czek w szatni. Zabrałem całą drużynę na kolację, zawsze byłem hojny”.

We Florencji wręczono mu „koszulki hańby” z napisem „niegodny” i symbolem euro zamiast lilii. Tam również odpowiedział pan tym samym…
„Najważniejsze to nigdy nie spuszczać głowy. Nic nie rozumieli, oskarżali mnie o brak zaangażowania i chęć doprowadzenia klubu do upadłości. Byli nawet tacy, którzy twierdzili, że udaję kontuzje…”.
Mówi się, że w Atalancie zasłużyłaś sobie na miejsce w pierwszym składzie, uderzając trzy razy z rzędu w drzewo…
„Prandelli powiedział mi, że jeśli trafię, to znaczy, że jestem w formie i będę mogła zagrać. Zabrał mnie na niewielkie wzgórze i rzucił mi wyzwanie. Wygrałem”.
Co poszło nie tak w Interze?
„Byliśmy świetną drużyną, osobiście strzeliłem gola w Lidze Mistrzów i uważam, że zrobiłem, co do mnie należało. Ale tak, byłem numerem dziesięć i mogłem dać z siebie więcej. Wiem, że wkurzyłem Morattiego, wszyscy wiele ode mnie oczekiwali”.

Czy uważa, że czegoś mu brakowało?
„Miałem cechy, by być podstawowym zawodnikiem w reprezentacji, ale brakowało mi odpowiedniego nastawienia. Potem w pewnym momencie inne sprawy zaczęły przeważać nad piłką nożną i moją chęcią do gry, więc zrezygnowałem. Nie sprawiało mi to już przyjemności. Dzisiaj prowadzę własną restaurację w Parmie i jestem szczęśliwy – życie nie kończy się na piłce nożnej”.
Natomiast w seniorskiej reprezentacji nigdy nawet nie zadebiutowałem…
„W moich czasach panowała duża konkurencja, ale żałuję, że nigdy nie zadebiutowałem. Gdybym grał teraz, podjąłbym inne decyzje, nie tracąc jednak swojej tożsamości i sposobu bycia. Wiem, że nie wykorzystałem w pełni swojego talentu”.
Czy tęskni pan dzisiaj za piłką nożną?
„Nie, wręcz przeciwnie – to, co widzę, budzi we mnie odrazę. Nigdy bym nie wrócił. Uważam, że to fałszywy świat”.
