Jeden z najbardziej obiecujących talentów włoskiej piłki nożnej, jego upadek i odrodzenie: „W Bari atmosfera w szatni nie była łatwa, zwłaszcza wśród starszych graczy… Wziąłem na siebie odpowiedzialność i przez 13 miesięcy trenowałem sam. Po ucieczce z obozu Casiraghi chciał wszystko opowiedzieć dziennikarzom, ale…”

Davide Lanzafame przeżył dwa życia w jednym. W wieku 20 lat był jednym z najbardziej obiecujących talentów włoskiej piłki nożnej: z Juventusem zdobył tytuł króla strzelców Turnieju w Viareggio, torując sobie drogę do kariery pełnej sukcesów. Pięć lat później jego kariera jednak gwałtownie się urwała. Prokuratura w Bari, wraz z kilkoma kolegami z drużyny, prowadziła przeciwko niemu dochodzenie w sprawie udziału w ustawianiu wyników dwóch meczów: Bari-Treviso i Salernitana-Bari. Był to gwałtowny, niespodziewany zwrot, który spowodował wyraźny przełom w jego karierze: „Wziąłem na siebie całą odpowiedzialność, zapłaciłem za to, co zrobiłem, i zacząłem od nowa”. Cena była wysoka: 13 miesięcy zawieszenia i kariera do odbudowania. Od tego momentu Lanzafame nacisnął przycisk reset, zaczynając od nowa krok po kroku. Dziś jest trenerem, jest spokojny i patrzy na przeszłość bez ukrywania się.

Czy uważa, że mu się to udało, że naprawdę zaczął od nowa?

„W moim skromnym wymiarze – tak. Zawsze chciałem zostać trenerem po zakończeniu kariery. Zacząłem na Węgrzech, ale potem wróciłem, stawiając na pierwszym miejscu moje córki. Dzisiaj jestem szczęśliwy. Moim chłopcom z Autovip San Marco, grającym w piemonckiej lidze Promozione, zawsze powtarzam, że w wieku 17–18 lat potrzeba silnej osobowości, by podejmować trudne decyzje”.

Jaką lekcję wyciąga Pan ze swojego życia?

„Że można zacząć od zera. Sława, kontrakty, zaufanie. Zrobiłem to w wieku 25 lat, kiedy wszystko wydawało się stracone”.

Przyjrzyjmy się kontekstowi. Sierpień 2012 r., Davide Lanzame jest przedmiotem śledztwa prokuratury w Bari w sprawie oszustwa sportowego.

„Zarzut dotyczył ustawienia dwóch meczów: Bari–Treviso 0:1 i Salernitana–Bari 3:2, obu przegranych. Zawsze stawiałem się twarzą w twarz z tą sprawą, biorąc na siebie całą odpowiedzialność. Zapłaciłem za to, co zrobiłem, otrzymując 13 miesięcy zawieszenia”.

W jakim momencie kariery nastąpił ten cios?

„W najgorszym możliwym momencie. Byłem w Katanii, dobrze mi szło również w reprezentacji do lat 21, a reprezentacja seniorska była w zasięgu ręki. W jednej chwili znalazłem się bez kontraktu. Trenowałem sam, z trenerem mentalnym i przygotowującym fizycznym. Rozpoczął się okres głębokiej introspekcji. Potem zacząłem od nowa”.

Jak znalazł się Pan w tej sytuacji?

„ Kiedy przybyłem do Bari, miałem 20 lat, byłem bardzo młody. W pewnych sytuacjach, jeśli ktoś z szatni mówi ci, jak masz rozegrać mecz, nie jesteś w stanie odmówić. Nie chcę wymieniać nazwisk. Atmosfera nie była łatwa, zwłaszcza ze względu na wpływ starszych graczy. Nie szukam jednak wymówek: wziąłem na siebie odpowiedzialność i zapłaciłem za to. To był ogromny cios. Wielu by zrezygnowało, ja poszedłem dalej. Wszystko zawdzięczam swojej sile charakteru”.

Powiedział Pan kiedyś: „Miałem nadzieję, że uda mi się utrzymać po pierwszych aresztowaniach w Cremonie”. Czy zaprzecza Pan tym słowom?

„Tak, to wszystko nieprawda. To zapewne słowa innych, które ktoś chciał mi włożyć w usta. Prokuratura w Cremonie nie miała nic wspólnego z moją sprawą”.

Czy historia z Węgrami jako ucieczką jest prawdziwa?

„Nie. W 2013 roku wyjechałem do Honvedu, aby spróbować czegoś innego. Potrzebowałem odpoczynku po tylu latach w Serie B. Zadzwonił do mnie Marco Rossi i nie zastanawiałem się ani chwili. Zabrałem żonę i wyjechałem. Nazywali mnie szaleńcem. W ciągu pięciu lat zdobyłem dwa tytuły mistrzowskie, jeden puchar kraju i dwa tytuły króla strzelców. Tam narodziłem się na nowo”.

A pomyśleć, że zaczynał Pan w amatorskiej lidze…

„Zacząłem w wieku pięciu lat w Barcanova dzięki mojemu ojcu, który był działaczem klubowym. Potem odbyłem testy w Torino, poszło dobrze, ale ostatecznie nie zostali mnie zarejestrowani. Wtedy pojawiła się Juventus i nie zastanawiałem się ani chwili. To było trzynaście niezapomnianych lat, podczas których dorastałem jako człowiek i piłkarz, u boku fenomenalnych graczy”.

Z Juve zostałem królem strzelców w Viareggio, a potem odpadliśmy z Piacenzą Nainggolana”

Davide Lanzafame

Najpiękniejsze wspomnienie z czasów gry w barwach Bianconeri?

„Wygrałem wszystko w drużynach Berretti i Primavera. Bardzo wiele zawdzięczam Guido Mattei, mojemu mentorowi od czasów drużyny U-13. Był mistrzem piłki nożnej, to on wykształcił mnie technicznie. W 2007 roku zostałem królem strzelców w Viareggio z siedmioma bramkami, z których wiele strzeliłem po wejściu z ławki. Odpadliśmy w 1/8 finału z Piacenzą Nainggolana. W tamtym momencie byłem w centrum uwagi, miałem wielkie ambicje. Gdyby nie ta sprawa, w którą zostałem wplątany, kto wie, jak by to się potoczyło”.

Jakim piłkarzem był Lanzafame?

„Grałem praktycznie na wszystkich pozycjach. Napastnik, drugie skrzydło, ofensywny pomocnik, skrzydłowy, środkowy pomocnik i skrzydłowy dzięki Conte. Antonio był bardzo wymagający: w formacji 4-2-4 w Bari w pierwszym roku zdobyłem 10 bramek i zaliczyłem 3 asysty w Serie B. Na początku mnie krytykował, ale potem zrozumiał mój potencjał i dał mi szansę na regularne występy. Musiał mnie trochę rozpieszczać, ale to właśnie ten trener zmienił moją karierę”.

Czy jest coś, co chciałby Pan zrobić?

„Na Węgrzech miałem zamiar napisać swoją autobiografię wraz z dziennikarzem. Nigdy nie została wydana, ale w przyszłości chciałbym ją opublikować”.

A jaka jest anegdota, której nigdy Pan nie opowiadał?

„Kiedy grałem w reprezentacji do lat 21, pewnego wieczoru uciekliśmy z zgrupowania – byliśmy w hotelu w Tel Awiwie – ja, Giovinco i Balotelli: zostaliśmy na zewnątrz, rozmawiając i żartując między sobą. Casiraghi i Zola zorientowali się, że nie ma nas w pokojach, złapali nas i zrobili nam awanturę. Następnego dnia graliśmy z Izraelem w barażach o awans do mistrzostw Europy. Casiraghi zagroził nam, że jeśli nie wygramy, powie wszystko gazetom. Wygraliśmy 3:1, Balotelli strzelił dwa gole, a ja zaliczyłem asystę. Na szczęście”.

Leave a Reply