Były pomocnik opowiada o swoim życiu na boisku i poza nim. „Matteo tak bardzo walczył, dla mnie pozostaje wzorem do naśladowania. Największe radości przeżyłem w Lazio, jestem rozczarowany tym, jak to się skończyło”
Z zewnątrz bardzo często wydaje się, że piłka nożna to świat sam w sobie. Złoty, idealny, wolny od wszystkiego. Nawet od bólu. Nawet jeśli piłkarz zawsze prowadził spokojne życie, nigdy nie przekraczając granic, jest postrzegany jako osoba uprzywilejowana, należąca do innego wymiaru niż „zwykli” ludzie. Są jednak tragedie, które sprowadzają wszystkich z powrotem na ziemię. Tak właśnie stało się w przypadku Diego Fusera, byłego pomocnika Torino, Milanu, Fiorentiny, Lazio, Parmy i Romy, który rozegrał ponad 400 meczów w Serie A. Nigdy nie był supergwiazdą ani postacią z okładek — choć w młodości niektórzy nazywali go „buntownikiem” — a w 2015 roku doświadczył największego bólu, jaki może dotknąć ojca: jego syn Matteo odszedł w wieku 16 lat po długiej chorobie. „To zmieniło moje życie, niszcząc je na zawsze. To coś, co pozostawia ślad w sercu, trudne do wyjaśnienia. Próbujesz to zaakceptować, ale szukasz odpowiedzi, których nie ma”.
Diego Fuser, zacznijmy od początku. Swoje pierwsze kroki w wielkiej piłce stawiałeś, grając w młodzieżowych drużynach Torino i kibicując Juve. Niezły paradoks. To wina taty?
„Tak, to on zabierał mnie na stadion. Do czasu drużyny juniorów chodziłem tam w każdą niedzielę, potem przestałem. Moim idolem był Tardelli, szaleńczo podziwiałem to, jak prezentował się na boisku”.
A z czasem stałeś się kibicem Torino?
„Tak, już od czasów Primavera. W końcu, kiedy grasz przeciwko Juve, zdajesz sobie sprawę z wielu rzeczy i nie możesz już jej kibicować”.
W 1989 roku pozyskał cię Milan. Najpierw pod wodzą Sacchiego, a potem Capello – czy ma pan jakieś żale?
„W pierwszym roku być może nie byłem na odpowiednim poziomie. W drugim natomiast, po wypożyczeniu do Fiorentiny, wróciłem do Mediolanu przekonany, że będę mógł się wykazać. Capello jednak na zgrupowaniu wypróbował Gullita na prawym skrzydle i to się sprawdziło, więc Ruud grał tam prawie przez cały rok. A w czerwcu poprosiłem o odejście”.
Czy Zoff chciał cię w Lazio?
„Właśnie dlatego wybrałem „biancocelesti”. To były cztery wspaniałe lata, miałem zaszczyt nosić opaskę kapitana i podnosić puchary. Szkoda, że tak to się skończyło…”.

Czy spodziewałeś się innego traktowania?
„Po wszystkich sukcesach, jakie odnieśliśmy, tak, myślę, że zasłużyłem na to. Zostałem zwolniony, jakbym był jednym z wielu. Powiedzmy, że sugestia przyszła od kogoś, kto nie był trenerem, ale zachowywał się tak, jakby nim był”.
O kim pan mówi?
„Nie jest tajemnicą, że Mancini miał dużą władzę w tamtej Lazio. Eriksson bardzo go słuchał. Zwolnili mnie, Signori i innych. Mieli inne plany”.
Czy rozmawiał pan kiedyś ze Szwedem?
„Powiedział mi, że jeśli w Parmie zaoferują mi więcej pieniędzy, powinienem tam odejść. Lazio nie zrobiło nic, żeby mnie zatrzymać”.

Potem, trzy lata później, zdecydowałeś się wrócić do Rzymu, ale żeby grać w barwach Giallorossi. Jak to wyglądało?
„Przed meczem Roma–Parma, ostatnim w sezonie, Capello podszedł do mnie podczas rozgrzewki i zapytał, czy w następnym roku będę grał u nich. Od razu się zgodziłem. Potem, kilka tygodni później, sformalizowaliśmy wszystko”.
Prawdziwy cios dla kibiców Lazio…
„Powtarzam, nie spodziewałem się takiego traktowania. Jestem przywiązany do „biancocelesti”, razem spędziliśmy wspaniałe sezony i nigdy nie poszedłbym bezpośrednio do Romy. Ale spędziłem trzy sezony w Parmie, nie wyobrażałem sobie, że wywołam tak wiele negatywnych reakcji. Często kibice nie rozumieją, że dla nas to po prostu praca. Szanuję i rozumiem tę pasję, ale uważam, że od czasu do czasu potrzeba odrobiny szacunku dla tych, którzy dali z siebie wszystko. Pomyśl tylko, że Lazio nigdy nie zaprosiło mnie na stadion Olimpico…”.
Czy ma pan jakieś żale?
„Jeśli chodzi o moje wybory – nie. Mam jedno dotyczące reprezentacji: brak powołania na Mistrzostwa Europy w 2000 roku bardzo mnie zabolał”.
Na ławce reprezentacji siedział Zoff. Byłoby to idealne zamknięcie koła…
„Rozegrałem wszystkie mecze kwalifikacyjne, tak jak z Maldinim dwa lata wcześniej. Jednak z Zoffem relacja była inna. Doświadczyłem kontuzji, ale wracałem do zdrowia i poinformowałem go o tym, a on mimo to postanowił mnie nie zabrać. To rana, która nigdy do końca się nie zagoiła”.

Mówił pan o Romie, gdzie sprawy potoczyły się znacznie gorzej, niż się spodziewano. Dlaczego?
„ Pierwszy sezon był bardzo udany. O mało co zdobyliśmy drugie z rzędu mistrzostwo i zagraliśmy w Lidze Mistrzów. W następnym sezonie pojawiły się jednak pewne nieporozumienia z klubem. Grałem niewiele, ale moimi myślami byłem już gdzie indziej. Zaczynałem borykać się z problemami ważniejszymi niż piłka nożna”.
Czy to właśnie w tym okresie dowiedzieliście się o chorobie Matteo?
„ Tak, wymykałem się z treningów, żeby pobiec do mojego syna. Wychodziłem i spędzałem wieczór w szpitalu z żoną. Bardzo się walczyliśmy. Matteo też walczył. Niestety są okoliczności, na które nikt nie ma wpływu”.
To była tragedia, która wstrząsnęła światem piłki nożnej. Minęło 14 lat, w jaki sposób to Pana zmieniło?
„ W bardzo wielu aspektach, proszę mi wierzyć. To było wydarzenie, które wywróciło nasze życie do góry nogami, niszcząc je na zawsze. To pozostawia ślad w sercu, trudno to wyjaśnić. Próbujesz to zaakceptować, ale szukasz odpowiedzi, których nie ma. Nie sądzę, by istniał ból większy niż utrata syna. Nic nie było już takie jak wcześniej. Jednocześnie jednak jego przykład dał mi ogromną siłę – każdego dnia żyjemy dla niego”.
