Były bramkarz reprezentacji Włoch: „Wciąż budzę się z myślą o tym pucharze, który był o krok ode mnie. Vialli był prawdziwym liderem, a Boskov mówił do mnie i Lanny: »Do momentu meczu zachowujcie się profesjonalnie«”

Gdyby Gianluca Pagliuca mógł narysować trójkąt swojego życia, pierwszym z trzech wierzchołków byłaby Genua, gdzie odniósł sukcesy z Sampdorią i ugruntował swoją pozycję jako bramkarz światowej klasy. „To było siedem wspaniałych lat. Zdobyliśmy historyczne mistrzostwo i przegraliśmy finał, który wciąż bardzo boli. To rana, która nigdy się nie zagoi”. Pozostałe dwa wierzchołki to Mediolan — pięć sezonów w Interze z Ronaldo i Vieri — oraz Bolonia, jego dom. Odpowiada nam stamtąd. „Jestem dumny, że grałem w drużynie moich marzeń”. Rozmowa przechodzi następnie między wspomnieniami, zwycięstwami i żalami, a przede wszystkim meczem w Pasadenie przegranym w rzutach karnych z Brazylią w 1994 roku.

Pagliuca, zacznijmy od Sampdorii. Sezon, w którym zdobyliśmy mistrzostwo, był niezwykły.

„Mówi się tylko o sezonie, w którym zdobyliśmy mistrzostwo, i o finale Pucharu Mistrzów, ale mieliśmy wiele sezonów na szczycie. Byliśmy gwiazdorską drużyną”.

Na ławce trenerskiej siedział Boskov. Mówi się, że Mancini i Vialli ustalali skład zamiast niego…

„Dodajmy do tego jeszcze Vierchowoda: byli jego zaufanymi doradcami. Ale niech będzie jasne, to nie oni rządzili. Wymieniali poglądy, ale decyzje zawsze podejmował Boskov”.

Rozmawialiśmy o Viallim. Jakie wspomnienia pozostawił w Pana pamięci Gianluca?

„Był niesamowitym człowiekiem, takim, który mówił ci wszystko prosto w twarz. Również z tego powodu nigdy się nie kłóciliśmy. Poznałem prawdziwą osobę, która potrafiła być liderem na boisku i szefem grupy podczas wieczornych spotkań”.

W Genui w tamtych latach mówiono, że również Pan był miłośnikiem klubów…

„To prawda, nie zaprzeczam. Zawsze lubiłem się bawić. Byłem z wieloma kobietami. Nie przepadałem za piciem, ale umiałem się bawić…”.

Kim byli Pana towarzysze w dyskotece?

„Muszę powiedzieć, że było ich wielu. W roku zdobycia mistrzostwa z Sampdorią mieliśmy taki rytuał: w poniedziałek jechałem do Bolonii, imprezowałem, a we wtorek byłem w Bogliasco na treningu. Och, na boisku wygrywaliśmy wszystkie mecze. Pamiętam, jak raz spotkałem Vialli w Bolonii, zrobił mi niespodziankę. „Musisz mnie znosić również tutaj” – krzyczał, obejmując mnie”.

Czy Boskov o tym wiedział?

„W piątek upominał mnie i Marco Lannę, abyśmy zachowywali się profesjonalnie aż do dnia meczu. „Zamknijcie kurki” – mówił nam. A my wybuchaliśmy śmiechem”.

Byliście bardzo zgraną grupą. Czy to prawda, że nadal istnieje aktywna grupa na WhatsAppie?

„Tak! Często z niej korzystamy. Muszę powiedzieć, że w obliczu tej tragedii śmierć Gianluki jeszcze bardziej nas zjednoczyła. On również często pisał, był bardzo aktywny w grupie”.

Czy zwycięstwo nad Barceloną w finale byłoby idealnym zamknięciem tego rozdziału?

„Oczywiście. Zasłużyliśmy na to. Pozostaje to raną, która nigdy się nie zagoi”.

Skoro mowa o przegranych finałach, dwa lata później nastąpiła porażka w Pasadenie. Wielu Pana kolegów określiło ją jako koszmar trwający od trzydziestu lat. Czy tak jest również w Pana przypadku?

„Nadal nie mogę przez to spać. Zdarza mi się budzić w nocy i oglądać ponownie nagrania z rzutów karnych. Budzę się i mówię sobie: »Rzuć w prawo!«. Zamiast tego trzykrotnie mnie zaskoczyli. Obroniłem jeden strzał, ale to nie wystarczyło. Nie mogę wyrzucić z głowy jednego obrazu: ja, mijający puchar o metr. Mogłem go dotknąć, był tam…”.

To były mistrzostwa świata, podczas których Baggio powiedział do Sacchiego: „To szaleństwo”. To właśnie Pana zmiana spowodowała tę sytuację…

„Tak, zostałem wyrzucony z boiska i wszedł Marchegiani. Spotkaliśmy się z Robim w szatni i przez pół godziny panowała absolutna cisza. Wystarczyło jedno spojrzenie, żebyśmy się zrozumieli”.

Tego lata przeszedł Pan do Interu Morattiego. W ciągu pięciu lat zdobyli Państwo tylko jeden Puchar UEFA w Paryżu. Zasługiwaliście na więcej?

„Tak, absolutnie. W 1998 roku padliśmy ofiarą serii powtarzających się oszustw. Juve była świetną drużyną, ale my byliśmy silniejsi i zasługiwaliśmy na zwycięstwo. Faul Iuliano na Ronaldo pozostaje nieusuwalną plamą. Odebrali mi mistrzostwo. To był skandal… i za każdym razem, gdy o tym myślę, wpadam w szał”.

Czy to prawda, że był Pan bliski przejścia do Manchesteru United?

„Ferguson mnie chciał, ale Inter właśnie pozyskał Ronaldo, a ja nie miałem zamiaru odchodzić: grałem w drużynie z Fenomenem, najlepszym piłkarzem, jakiego widziałem w całej mojej karierze. Poza tym Moratti nie chciał mnie oddać. Premier League miała wówczas mniejszą atrakcyjność niż Serie A, dziś prawdopodobnie podjąłbym inną decyzję. Wtedy wszyscy najlepsi przyjeżdżali grać do nas”.

Czy były jeszcze jakieś inne możliwości?

„Kiedy byłem w Sampdorii, zadzwonił do mnie Mazzone. Roma została właśnie kupiona przez Sensi i chcieli ją odbudować. Ale w Genui czułem się dobrze i odmówiłem”.

W czasach gry w Sampdorii miał Pan wypadek samochodowy. Pańskie Porsche rozpadło się na kawałki, a Pan ocalał dzięki poduszkom powietrznym. Czy doszło do nieporozumienia z dziennikarzami z powodu błędnego przekazania informacji?

„Nie doszło do nieporozumienia, ale w wiadomościach nieco przesadzili. Martwiłem się przede wszystkim o moją mamę: usłyszała, że jestem w ciężkim stanie i bardzo się przestraszyła. To był poważny wypadek, ale wyszedłem z niego z otwartym złamaniem obojczyka”.

Jeszcze kilka sezonów temu był trenerem bramkarzy w drużynie Primavera w Bolonii. Wcześniej, przez rok, kierował najmłodszymi reprezentantami Rossoblù: jakim trenerem jest Pagliuca?

„Powiedziałbym, że surowym. W szatni karciłem chłopców za kolczyki i irokezy: »Nie trenuję przecież Indian«, mawiałem im. Lubię uczyć ich, by się nie poddawali i patrzyli poza przeszkodę. W ten sposób osiąga się szczyty”.

Leave a Reply