Lorenzo gotowy do ponownego startu: „W tym roku zmierzyłem się zarówno z Jannikiem, jak i Carlosem: przegrałem, ale zrozumiałem, w jakich obszarach mogę się jeszcze rozwijać, a Perlas może mi w tym pomóc”.
Lorenzo Musetti przeżył więcej niż jedno życie. Utalentowany młody zawodnik, ojciec dwójki dzieci, a wreszcie czołowa postać na tourze, gdzie w 2025 roku zasłużenie znalazł się w pierwszej dziesiątce. W wieku 23 lat wciąż ma przed sobą wiele do zrobienia i do osiągnięcia, dlatego też numer dwa we Włoszech i ósmy na świecie już nabiera rozpędu, by osiągnąć kolejne cele. Znalezienie stabilności, zbliżenie się do dwóch czołowych graczy, którzy wydają się nieosiągalni, oraz odgrywanie wiodącej roli w reprezentacji.
Lorenzo, w tenisie jest mało czasu na myślenie, ale podsumowania są kluczowe. Gdyby miał Pan podsumować rok 2025, jakie byłyby Pana najważniejsze wydarzenia?
„To był rok pełen pierwszych razów, które napełniły mnie dumą i świadomością. Wśród moich najważniejszych wydarzeń z pewnością umieściłbym finał w Monte Carlo, dwa półfinały w Rzymie i Madrycie, debiut w pierwszej dziesiątce, pierwszy półfinał na Roland Garros oraz ćwierćfinał na US Open. Ponadto, choć osiągnąłem to z pewnym trudem, nie mogę pominąć awansu do finałów. Szkoda, że fizycznie byłem już nieco wyczerpany…”.
Niestety w najlepszych momentach, jak w Monte Carlo i Paryżu, miał problemy fizyczne. To samo stało się na Wimbledonie, gdzie bronił półfinału. Wszystko to utrudniło kwalifikację do Finałów.
„To prawda, ale emocje przeżyte w Turynie były niesamowite. Ogarniający krzyk kibiców na własnym boisku przyprawił mnie o dreszcze i pozwolił mi pokonać zmęczenie, to zmęczenie, które ogarnia nogi i umysł i które można przezwyciężyć jedynie dzięki adrenalinie”.
Tak jak w tym bajkowym meczu wygranym z De Minaurem?
„Tak, to zwycięstwo było naprawdę bajkowe. To wspomnienie, które pozostanie ze mną na zawsze, obraz tego tygodnia w Turynie”.

W loży siedziała Pani partnerka Veronica, oczekująca na Wasze drugie dziecko. Teraz jest Was czworo, jak zmieniła się codzienność?
„Wraz z pojawieniem się Leandro zmieniło się właściwie wszystko i nie trzeba dodawać, że jesteśmy bardzo szczęśliwi. Ludovico nie jest zazdrosny, wręcz przeciwnie: sądzę, że zrozumiał, iż to noworodek nie jest dzieckiem tymczasowym, ale na stałe. Oboje są jeszcze bardzo mali, a Ludo, moim zdaniem, w najbliższych miesiącach coraz bardziej uświadamia sobie, że będzie miał młodszego brata: będą to delikatne chwile, z którymi trzeba będzie sobie poradzić jako rodzice, jako para”.
Oprócz rodziny powiększył się również zespół: José Perlas będzie wspierał Pańskiego dotychczasowego trenera, Simone Tartariniego. Jak doszliście do tej decyzji?
„Pomysł, by powiększyć zespół o kolejną osobę, zrodził się w tygodniu spędzonym w Paryżu, podczas turnieju Roland Garros. Miałem za sobą świetny okres, ale czułem potrzebę zmiany, czegoś, co mogłoby wnieść coś nowego dla mnie, dla Simone i dla całego zespołu. Kogoś, kto wniósłby doświadczenie: José ma go pod tym względem naprawdę sporo. Wszystko idzie bardzo dobrze, praca trwa i uważam, że daje nam wiele impulsów do próby zmniejszenia nieco dystansu dzielącego nas od czołówki światowej”.
Czy Perlas będzie podróżował z Państwem do Australii?
„Tak, przez te dwa miesiące będziemy poruszać się wszyscy razem, a następnie José i Simone będą się zmieniać w pozostałej części sezonu. Jednak w tych dwóch miesiącach, zwłaszcza na początku, moim zdaniem bardzo ważna jest wspólna praca. Abyśmy coraz bardziej się zgrali”.
Na kortach ziemnych, pod względem wyników, jest już numerem dwa na świecie…
„Teraz ważne będzie, aby jeszcze bardziej poprawić się na nawierzchni szybkiej, która zajmuje nam trzy czwarte sezonu. Tym, co zadecydowało w tym roku, była lepsza gra na szybkiej nawierzchni oraz poprawa zwłaszcza w serwisie i uderzeniach na początku gemu. Staramy się wykorzystać te uderzenia i uważam, że zmierzamy w dobrym kierunku. Jestem naprawdę zadowolony, nie mogę się doczekać, aby znów zacząć”.
Jaki jest cel na rok 2026?
„Z pewnością coraz większa regularność, aby zmniejszyć dystans dzielący mnie od dwóch najlepszych. W trakcie sezonu miałem okazję zmierzyć się zarówno z Sinnerem, jak i Alcarazem i zawsze wychodziłem z tych spotkań pokonany. Najważniejsze jednak było zdobycie informacji, dzięki którym zrozumiałem, w jakich obszarach mogę się rozwijać”.
A w perspektywie krótkoterminowej?
„Chcę awansować do drugiego tygodnia już w Australii: to mój cel na początek. W zeszłym roku byłem blisko, ale przegrałem mecz, który mógł potoczyć się inaczej i nieco otworzyłby drabinkę. A potem, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z moimi oczekiwaniami, zagrać w Finałach, docierając do nich bez ośmiotygodniowego biegu po całym świecie. Tenis, podobnie jak życie, składa się z poszczególnych wydarzeń”.
Czy w Pańskich planach jest również reprezentacja?
„Oczywiście. Żałowałem, że musiałem zrezygnować z finałów w Bolonii, ale byłem pierwszym kibicem przed telewizorem, gdy moi koledzy walczyli o Puchar. W przyszłości mam nadzieję stać się głównym bohaterem i wywalczyć sobie tę decydującą rolę w reprezentacji, której jeszcze nie udało mi się w pełni osiągnąć”.
Top 10, finały. Czy odczuł Pan zmianę w zainteresowaniu ze strony publiczności lub sponsorów?
„To nie pierwszy rok, w którym osiągam dobre wyniki, ale z pewnością widoczność była znacznie większa. Również fakt, że byłem najczęściej wyszukiwanym sportowcem w Google, był dla mnie miłym zaskoczeniem: cieszę się, że tak wielu kibiców i miłośników sportu w ogóle szukało mojego nazwiska. To rzeczywiście był duży krok naprzód”.
