Aktorka od dziś w kinach z filmem „La vita va così” Milaniego. „Opowiada o przynależności, którą widzę również na stadionach. Bardzo chciałabym być kibicką, to magiczna więź”.
Piłka nożna nigdy nie wzbudziła w niej prawdziwej pasji. Właśnie dlatego jej tego brakuje. Virginia Raffaele jest pełna pasji i serca, na stadionie czułaby się dobrze, sama o tym wie: „Bardzo chciałabym być prawdziwą kibicką. Kiedy widzę tych wszystkich ludzi razem, w tym samym miejscu, zawsze myślę: „To niesamowite, że coś tak łączy ludzi”. Oczywiście zdarza się też widzieć okropne rzeczy i wtedy zastanawiam się, jak tak piękna sytuacja może wywoływać tak nieludzkie reakcje”. Piłka nożna to także silne poczucie przynależności. W filmie Riccardo Milaniego La vita va così, w którym występuje wraz z Aldo Baglio i Diego Abatantuono (od dziś w kinach dzięki Medusa), pojawiają się przebłyski Cagliari i „Giggirriva”, które podkreślają silną więź Sardyńczyków z własną ziemią. „Przynależność jest głównym tematem filmu, podobnie jak odwaga i godność. Riccardo porusza kwestie społeczne, wywołując uśmiech, co jest receptą starej szkoły, włoskiej komedii, z elementami neorealizmu, jeśli weźmie się pod uwagę, że grałem u boku 84-letniego pasterza”.
Film, oparty na prawdziwej historii, pokazuje upływ czasu również poprzez wydarzenia, które naznaczyły nasz kraj. Takie jak zwycięstwo w mistrzostwach świata w 2006 roku. Czy ulegasz przynajmniej urokowi reprezentacji narodowej?
„Cóż, tak, kibicuję Włochom, fajnie jest spotkać się wszyscy razem przed telewizorem, to magiczna chwila, która na szczęście nie zanika, mimo że wszystko się zmieniło. Jest w tym poezja, której potrzebujemy. Mamy nadzieję, że tym razem Włochy uda się zakwalifikować!”.
Jakieś szczególne wspomnienia?
„Moja mama, która podczas mistrzostw w USA w 1994 roku kazała sobie wydrukować koszulkę z napisem „Signori sei Mondiale” (Signori, jesteś mistrzem świata). Byliśmy w Luneur, gdzie mieliśmy stoisko ze strzelnicą i akwarium z rybkami, a ona dumnie chodziła w tej koszulce z wizerunkiem Beppe Signori”.
Mama jest fanką Lazio?
„Tak, ale to był hołd dla reprezentacji Włoch”.
Fani Lazio myślą, że ona też kibicuje Lazio.
„Ponieważ kiedyś zrobiłem coś z Ferilli, w którym ona była fanką Romu, co było oczywiste, a ja Lazio. Ale jak już powiedziałam, niestety nigdy nie interesowałam się zbytnio piłką nożną, połowa rodziny kibicuje Lazio, druga połowa Romanistom, ciągnęli mnie w jedną i drugą stronę… Lepiej trzymać się z daleka! Poza tym urodziłam się 27 września, tego samego dnia co Totti, o czym przypominają mi moi przyjaciele z Giallorossi przy każdej okazji urodzinowej”.
Mówi się, że jest pani pasjonatką tenisa.
„Był okres, kiedy miałam na tym punkcie obsesję, grałam od południa do drugiej, nawet w lipcu i sierpniu. Bardzo mi się to podobało… Teraz już trochę czasu tego nie robię, ale uważam, że to wspaniały sport, nawet jeśli jest to gra diabła! Bardzo mnie to wkurza, ale pozwala oderwać się od myśli w wyjątkowy sposób”.

Oglądasz go też w telewizji?
„Tak, zwłaszcza Sinnera. Oglądałem 18-godzinny finał z Alcarazem na Roland Garros i na szczęście też te, które wygrał, począwszy od Wimbledonu. Ci dwaj są niesamowici… Tak jak Djokovic, który nawet się nie poci, jest trochę jak kosmita”.
Skoro mowa o przynależności, jak odebrałeś rezygnację Sinnera z udziału w Pucharze Davisa?
„Cóż, postrzegam go jako bardzo zdrowego chłopaka. Podoba mi się jego relacja z rodziną, podoba mi się to, co mówi, to świetny chłopak. Poza tym mam ogromny szacunek dla wielkich mistrzów, kiedy grają, nie mogę przestać myśleć o poświęceniach żywieniowych, fizycznych, życiowych, które stoją za tymi atletycznymi gestami”.
Ulubiony tenisista?
„Kiedy byłam mała, fascynował mnie Andre Agassi, przeczytałam nawet jego książkę „Open” i uznałam ją za wspaniałą”.
Jak wyglądało Twoje spotkanie z Adriano Panattą?
„To było zabawne! To on jako pierwszy nauczył mnie uderzać piłkę rakietą, weszłam do świata tenisa przez główne drzwi. Byliśmy w ośrodku wypoczynkowym w celach zawodowych i powiedziałam mu: „Adria, jeśli ty nie dasz mi lekcji, to nikt mi jej nie da”. Jako prawdziwy rzymianin i prawdziwa rzymianka, od razu się dogadaliśmy. Nazywał mnie Olivia, jak postać z kreskówki, długa i chuda, i żartował sobie ze mnie. Adriano jest naprawdę sympatyczny, dżentelmen, pełen ironii”.

Często pracowała z Bolle.
„Roberto jest wyjątkowy, to wspaniała osoba o uroczym charakterze. Jest też wielkim profesjonalistą i pracoholikiem, w tym się zgadzamy. Obaj maniakalnie dążymy do perfekcji. Życzę wszystkim, aby przynajmniej raz w życiu zostali uniesieni przez Roberto Bolle: to cudowne doświadczenie, czujesz się lekka jak piórko, latasz!”.
Tańczyła również z Carlą Fracci.
„Kobieta o niezwykłej ironii i inteligencji. W związku z moją imitacją opowiedziała mi historię: „Kiedyś spotkałam Chaplina” i już wtedy byłam oszołomiona. „Powiedział mi: będziesz naprawdę sławna, kiedy ktoś cię naśladuje, więc dziękuję”. Genialne”.
Naśladowała również Federicę Pellegrini.
„To prawda, w basenie… Ale nigdy nie dowiedziałam się, czy jej się to podobało, w rzeczywistości nigdy nawet nie spotkałam jej”.
Ze względu na rodzaj występów, które wykonuje, dwie godziny na nogach z dziesiątkami zmian, musi być wytrenowana.
„Od małego tańczyłam i to mi pomaga. Teraz chciałabym nauczyć się dobrze pływać. Zeszłego lata próbowała mnie tego nauczyć Paola Cortellesi, ale nic z tego nie wyszło. Zanurzam się, a potem wypływa tylko tyłek, jak boja, ale dlaczego? W pracy jednak podchodzę do tego poważnie, trenuję funkcjonalnie i metabolicznie. Sport jest naprawdę ważny, zarówno na poziomie fizycznym, jak i kulturowym, mentalnym i społecznym”.
Rywalizacja?
„Dorastałam na strzelnicy, dreszczyk emocji związany z rywalizacją sportową jest częścią mnie. Mam w sobie trochę tej złośliwości…”. Biorąc pod uwagę wyniki, ta złośliwość jest mile widziana.
