Były trener Rossoneri, obecnie pracujący w Al-Ittihad, rok temu zdobył Superpuchar Włoch: „Świętowanie z cygarem w szatni? To obietnica. Już wiem, że wrócę do Włoch”
Sergio Conceiçao i Juliusz Cezar mają coś wspólnego. Mniej więcej rok temu były trener Rossoneri wygrał Superpuchar Włoch, świętując z cygarem w szatni. Osiem dni wcześniej podpisał kontrakt z Milanem. Cezar potrzebował jednego poranka, by rozgromić armie Farnakesa II z Pontu w Turcji, w Zeli. Dwie wersje „przyszedłem, zobaczyłem, zwyciężyłem”. Conceiçao, od października trener Al-Ittihadu Benzemy, odpowiada z Dżuddy przed treningiem i śmieje się, zachowując pokorę i otwierając się bardzo: Sergio, w zeszłym roku… „przyszedłem, zobaczyłem, zwyciężyłem”.
„Właściwie tak. Pamiętam intensywne dni pracy nad analizą wideo, motywacją i przemowami, aby od razu dotrzeć do umysłów piłkarzy. Pokonaliśmy Juve mojego syna Cisco, a potem Inter w zaciętym meczu. I płakałem”.
A po zwycięstwie – dobre cygaro.
„Obietnica. Piłkarze, którzy obejrzeli nagrania, poprosili mnie, żebym zapalił je w razie zwycięstwa. Z Porto zrobiłem to 11 razy, czyli po zdobyciu trofeów. Jestem trenerem, który wygrał ich najwięcej. I dlatego zrobiłem to ponownie”.
A komu zaproponowałbyś jedno dziś wieczorem?
„Nie mam faworytów i nie chciałbym nawet mówić o zawodnikach, bo zaraz napiszą, że nas interesują. Obejrzę mecz, Bologna i Napoli grają pięknie. Pojedynek między Conte a Italiano to reklama piłki nożnej. Antonio jest obsesyjny, tak jak ja, i faktycznie obsesja wygrywa z talentem. Vincenzo natomiast gra ładną piłkę, do tego stopnia, że w zeszłym roku przegraliśmy z nim finał Pucharu Włoch. Wielki żal”.
Jakie są podsumowanie Pana sześciu miesięcy w Milanie?
„Pozytywne. Od 2016 roku do dziś tylko dwóch trenerów zdobyło trofea w barwach Rossoneri: Pioli, ze scudetto, i ja. Jeśli zsumujemy punkty z naszego okresu, osiągnęliśmy tempo na poziomie Ligi Europy, piąte miejsce. Wyniki były: myślę o dwóch wygranych derbach i zwycięstwie z Romą. Żal mi finału Pucharu Włoch, ale niektóre rzeczy mi się nie podobały”.
Na przykład?
„Była niestabilność na poziomie klubu, atmosfera wokół drużyny nie była dobra. Dlatego cenię sobie to, co osiągnęliśmy. Poza tym kierownictwo mnie nie wspierało. Podam przykład: po wygraniu Superpucharu graliśmy z Cagliari. W tym czasie krążyły już plotki, że klub rozgląda się za innymi trenerami. Myślałem o pracy i wygrywaniu, z ciężarem wyników na barkach. Nie miałem czasu pracować na wszystkich poziomach”.
Zostałby Pan?
„Tak, ale z pewnymi zmianami”.
Czy piłkarze cię zawiedli?
„Nigdy, wręcz przeciwnie, byli ze mną. Powiedział to również Theo w wywiadzie, który przeprowadziliście: po meczu z Feyenoordem, kiedy ludzie mówili, że celowo dał się wyrzucić z boiska, broniłem go. Wielu napisało do mnie, kiedy odszedłem. Wymagam dyscypliny, zaangażowania, a potem relaksu, kiedy trzeba się zrelaksować. Jeśli ktoś pojawia się z dodatkowym kilogramem, spóźnia się lub robi coś podobnego, nie mogę tego tolerować. Dla mnie, ostatecznie, wszyscy piłkarze są tacy sami”. Nie tylko o piłce nożnej. Godzina rozmowy po dwóch latach milczenia.

Czy opowie nam Pan o swojej najważniejszej przemowie?
„W 2012 roku, w Olhanense, zapoznałem się z pasjami i hobby moich zawodników, co zawsze robię. Przed meczem, z okazji Dnia Ojca, pokazałem film, w którym ojcowie opowiadali o nich. Niektórzy płakali, potem wyszli na boisko i… 2:0 dla przeciwników. Po powrocie do szatni zmieniłem ton i znów stałem się surowy: zremisowaliśmy 2:2”.
Rozdział Arabia Saudyjska. Czy tym razem Inzaghi się z tobą przywitał?
„Tak, zmierzyliśmy się w październiku i to on wygrał. Właśnie przyjechałem. Po meczu Porto-Inter, gdzie jego drużyna miała sporo szczęścia, nie przywitałem się z nim, bo w sumie taki już jestem, podczas meczów wpadam w trans, ale to świetny trener. W 2000 roku zdobyliśmy mistrzostwo. Nasze relacje są dobre”.
Również tam od razu odegrałeś decydującą rolę. Z otartymi kolanami.
„Złożyłem ślubowanie Matce Bożej Fatimskiej, ostatnie 500 metrów pokonałem na kolanach, a potem zgłosiłem się na zgrupowanie. Był rok 1998, strzeliłem gola Juventusowi w ostatniej minucie i wygraliśmy Superpuchar. Wiara jest fundamentalną częścią mojego życia. Jestem praktykującym katolikiem, tutaj nie mogę, ale w Mediolanie chodziłem do kościoła codziennie. Kilka miesięcy temu papież zaprosił mnie na Jubileusz, abym opowiedział o swojej drodze i trudnościach”.
Skąd bierze się twoja wiara?
„Straciłem ojca w wieku 16 lat w wypadku motocyklowym, matkę w wieku 18 lat po długiej chorobie, a potem także brata – byłem siódmym z ośmiorga rodzeństwa. Wiara dała mi siłę i spokój. Chcę pokazać moim rodzicom, że tu jestem i spełniłem wszystkie swoje marzenia. Ale w głębi duszy, ukryte, mam i zawsze będę miał coś „czarnego”, jak cień”.
I to jest dla twoich rodziców?
„Tak. Mam przy sobie ich zdjęcia i modlę się za nich każdego dnia. Jestem spokojnym człowiekiem, mam pięcioro dzieci, grałem, a teraz trenuję, ale wiem, że bez moich rodziców nigdy nie będę w pełni szczęśliwy. To jest ta pustka, którą noszę w sobie”.
Jednak jego dzieci w pewnym sensie ją wypełniają.
„Oczywiście. Francisco jest teraz w Juve i dobrze sobie radzi”.
Czy w domu rozmawia się o piłce nożnej?
„Jak najmniej. Najważniejsze, żeby podczas kolacji zostawiali telefony w kieszeni. Wymagałem tego również w Porto i w Milanie. Cisco zadebiutował ze mną w Portugalii. W 2020 roku, podczas lockdownu, powiedziałem mu: „Jeśli jesteś głodny… to pij wodę”. Był trochę pulchny. Aby coś zmienić, potrzebne są poświęcenia i odpowiednia mentalność. Gdybym mógł, pożyczyłbym mu mojego głodu. Nie żeby on go nie miał, wręcz przeciwnie, ale ja w wieku 16 lat przynosiłem do domu pieniądze na jedzenie, to była inna sytuacja. Ale zawsze w to wierzyłem. I on też w to wierzy”.

Rozdział Porto: 11 trofeów w ciągu siedmiu lat.
„Relacje z Da Costą były świetne. Kiedy przybyłem, klub nie wygrał od czterech sezonów. Zrealizowaliśmy transfery o wartości 600 milionów i dobrze nam poszło również w Lidze Mistrzów, gdzie inne drużyny mówiły: „Ach, w 1/8 finału jest Porto…”. A jednak udało nam się sprawić kłopoty również włoskim drużynom: Juve, Romie, Lazio…”.
Ilu klubów się o Panią starało?
„Miałam kontakty z Lazio, ale nie tylko. Nawet przed podpisaniem kontraktu z Al-Itthiad miałam oferty. Tutaj liga jest konkurencyjna, ambicje wysokie, trenuje się po południu, a nie rano. Trzeba dostosować się do dynamiki kulturowej. Ale to jest wyzwanie, a ja kocham takie wyzwania”.
Jakie zdanie najlepiej Pana opisuje?
„W spokojnych wodach nie osiąga się wielkich sukcesów, potrzebna jest burza”. Mihajlovic, mówiąc o Benassim, stwierdził, że trudnością nie było pełnienie funkcji kapitana, ale wstawanie o czwartej rano i praca. Tego nauczyli mnie moi rodzice. I nie można się zadowalać. Zapisałem się na uniwersytet w wieku 51 lat. Robię magisterkę z treningu sportowego”.
Największa satysfakcja we Włoszech?
„Jako piłkarz – mistrzostwo w 2000 roku z Lazio, najbardziej niesamowite w historii. Ja, Sinisa i Stankovic słuchaliśmy radia w szatni. Była to grupa silnych osobowości, w której codziennie dochodziło do drobnych sprzeczek, ale Eriksson umiał nami kierować. Pamiętam też Superpuchar Europy z 1999 roku z United: Ferguson powiedział, że jego największym żalem była ta porażka”.
A rozczarowanie?
„Utracony tytuł mistrza z Interem 5 maja 2002 roku. Pocieszałem płaczącego Ronaldo na ławce, siedziałem obok niego. Nikt nie mógł w to uwierzyć. W Mediolanie miałem trudności: Cuper nie dawał mi zaufania, ale to była grupa mistrzów”.
A czy wróciłbyś do Włoch?
„Oczywiście, już wiem, że to zrobię”.
