Były napastnik otwiera się przed Sports-Prediction: „Byłem introwertycznym chłopcem, nikt mi nie pomagał, boisko było moim jedynym schronieniem. W Manchesterze zdobyłem szacunek twardą postawą”.
Łzy, cierpienie, upadki i powroty, dramaty sportowe i rodzinne pokonane w imię niezwykłej, ponadprzeciętnej wytrzymałości. Historia Pepito Rossiego jest dobrze znana. Seria kontuzji, lata straconego futbolu, jak dwa bolesne mundialowe porażki, życie pełne wielkich ran. „Nie każ mi opowiadać tego po raz kolejny, nie mam ochoty na terapię, wszyscy to wiedzą i sprawia mi to ból…” – mówi z New Jersey, gdzie trenuje chłopców ze swojego kampusu. Dobrze.
Skoro więc jest otoczony dziećmi, wróćmy do lata 1999 roku, kiedy przybył do Parmy ze Stanów Zjednoczonych. Miał 12 lat. Jakie były jego relacje z Włochami?
„Wspaniałe. Każdego lata wyjeżdżaliśmy z Clifton w New Jersey i spędzaliśmy półtora miesiąca we Włoszech. Naszą bazą była Fraine, 500-osobowa wioska w prowincji Chieti, gdzie urodził się mój ojciec. Potem Acquaviva di Isernia w Molise, kolejna mała miejscowość, z której pochodziła moja mama, i morze w Vasto”.
Jak poznali się Pańscy rodzice?
„W szkole w Clifton, gdzie oboje byli nauczycielami. Ojciec przybył do Ameryki w wieku 16 lat, mama w wieku 13”.
Fraine, powiedziałeś.
„Dla mnie to było jak Nowy Jork. Mieszkałem w typowym szeregowym domku z amerykańskich seriali i mogłem poruszać się tylko samochodem, nie było poczucia sąsiedztwa, życie toczyło się głównie w domu, a wśród dzieci z sąsiedztwa nikt nie chciał grać w piłkę nożną. Myśleli tylko o koszykówce, futbolu i baseballu, a ja grałem dwa na dwa z ojcem, matką i siostrą. W Fraine było takie betonowe boisko i spędzaliśmy tam całe dnie na niekończących się meczach, a wieczorem na placu grało się w piłkę i słuchało muzyki, była to absolutna wolność, kręciliśmy się bez przeszkód, my bez zmartwień, rodzice bez trosk. Czułem się jakbym miał 30 lat”.
Jak trafiłeś do Parmy?
„W pewnym momencie wakacji ojciec zabrał mnie na tydzień do Tabiano Terme na letnią szkołę piłkarską. Byłem tam przez 3 lata i tam zauważył mnie łowca talentów z Parmy”.

Trudna decyzja.
„Straszna. W głębi serca nie chciałem jechać, ale nie chciałem zawieść taty. Tak więc przeprowadziliśmy się do Salsomaggiore, a mama i Tina, moja siostra, zostały w Clifton. Było bardzo ciężko: w domu mówiliśmy w 40% po włosku, a w 60% po angielsku, a pisanie sprawiało mi ogromną trudność, podobnie jak francuski i matematyka, przedmiot, który w Italii jest znacznie bardziej zaawansowany niż w Ameryce. Byłem nieśmiałym, introwertycznym chłopcem, trudno mi było nawiązywać przyjaźnie, a nauczyciele uważali, że jestem tam tylko dla piłki nożnej i nie pomagali mi w najmniejszym stopniu. Do tego dochodziła tęsknota. Płakałem każdego wieczoru, aż mama przyjechała nas odwiedzić: minęło półtora miesiąca, a mi wydawało się, że trzy lata. Dobrze czułem się tylko na boisku. To była moja przystań, jedyne miejsce, gdzie mogłem odetchnąć i czułem się swobodnie”.
A żeby jeszcze bardziej skomplikować sobie życie, w wieku 17 lat trafił do United Sir Alexa Fergusona.
„Mieli w okolicy łowcę talentów i pewnego dnia w maju 2004 roku podszedł do mnie, podarował mi przypinkę Manchesteru United i powiedział, że mnie chcą. Myślałem, że to żart, podałem numer tacie i okazało się, że to prawda. Bardzo ważny czteroletni kontrakt i możliwość trenowania z pierwszą drużyną klubu, który był wówczas najważniejszym klubem w Europie”.
Pierwsze spotkanie z Sir Alexem?
„Podczas podpisywania kontraktu. Było to zaskoczenie: surowa, ale serdeczna i uważna osoba, bliska, ojcowska postać, przyzwyczajona do traktowania młodych ludzi jak klejnoty, do ochrony ich i motywowania do jak najlepszego rozwoju jako ludzi i piłkarzy, z bardzo precyzyjnymi i jasno określonymi wartościami i zasadami. Znaleźliśmy się, ponieważ miałem wielkie ambicje i dobre wychowanie, mój ojciec wychował mnie w tym sensie bardzo precyzyjnie, jeśli popełniłem błąd, natychmiast stawiało mnie do pionu”.

A treningi?
„Niesamowite. Inna planeta. Inny sport niż ten, do którego byłem przyzwyczajony. Niesamowita szybkość i brutalna intensywność. Zna pan słynne powiedzenie: „Grasz tak, jak trenujesz”? Cóż, mój ojciec zawsze mi to powtarzał, a w United było tak samo, tylko tysiąc razy bardziej. Na treningu nie było przyjaciół: kopnięcia, popychanie, agresja”.
A jak zareagował 17-letni napastnik?
„Szybko zrozumiałem, co muszę robić. Miałem talent, musiałem go wykorzystać, aby zdobyć szacunek i zaufanie tych potworów. Fizycznie byłem w tyle, musiałem radzić sobie techniką i inteligencją”.
I co dalej?
„Myśleć o nowej prędkości. Zanim piłka do mnie dotarła, musiałem już wiedzieć, co z nią zrobić. W przeciwnym razie Gary Neville lub Nemanja Vidic byli gotowi, żeby mi dać nauczkę. Niektóre ciosy były naprawdę mocne… Jest anegdota, która doskonale oddaje mój ówczesny stan psychiczny. Roy Keane w swojej autobiografii opisał, że podczas treningu zbeształ młodego Włocha, ponieważ nie podał mu piłki, a ten odpowiedział mu twardym, wyzywającym spojrzeniem. „Gdyby coś mi powiedział, uderzyłbym go. Milczał, ale jego spojrzenie było jasne, wysłał mnie do diabła. Pomyślałem, że podam mu rękę” – napisał. Tym chłopcem byłem ja. I absolutnie nie pamiętam tego epizodu: najwyraźniej byłem w transie sportowym, na treningu! Moja determinacja, by zrobić karierę, była absolutna”.
Kiedy przybyłeś do Parmy, czy kiedykolwiek myślałeś o rzuceniu wszystkiego i powiedzeniu ojcu: „Wracajmy do domu”?
„Tak, wiele razy. Ale nigdy mu tego nie powiedziałem, ani mojej matce, nikomu. Nie chciałem go zawieść, ale przede wszystkim nie chciałem przegrać i chciałem mieć ostatnie słowo. Tak samo było z kontuzjami w późniejszym okresie mojego życia: zawsze wracałem, to ja decydowałem, kiedy się poddać, a nie lekarz czy kierownictwo, i tak właśnie było: rozegrałem ostatnie pięć meczów w Spal i zakończyłem karierę”.
„Trudności pomagają, są niezbędne w procesie rozwoju i nauki. Miałem szczęście, że musiałem zmierzyć się z nimi w tak młodym wieku, z pomocą taty. Kiedy odszedł w 2010 roku, gdy miałem 23 lata, byłem gotowy, przygotował mnie do życia, a więc i do tego, co miało mnie spotkać później. Cierpienie nastoletniego Pepito było kluczowe, aby dorosły Pepito mógł pokonać wielkie trudności, które napotkał na swojej drodze”.
