Argentyńczyk zajmuje trzecie miejsce w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii Nerazzurri i teraz mierzy w Altobelliego i Meazzę.
Wystarczyło spojrzeć na sposób, w jaki Sofia Goggia głaskała wczoraj swój medal, aby zrozumieć, że czasami nawet trzecie miejsce jest błogosławieństwem. Tak więc, otoczony tą zaraźliwą atmosferą olimpijską, Lautaro Martinez również powrócił do Mediolanu z brązowym medalem na szyi: obecnie wśród najlepszych strzelców Interu wszech czasów wyprzedzają go tylko patriarcha Pepìn Meazza i Spillo Altobelli. 171. bramka, strzelona sprytnym strzałem lewą nogą podczas męki biednego Sassuolo, ustawiła go obok innej legendy Interu: Roberto Boninsegna utknął na tej samej liczbie od dalekiego 1976 roku, również dlatego, że oficjalnie nie zalicza mu się dwóch bramek w nieistniejącym już trofeum Picchi. Aby uczcić kolejny sukces, czuły Lautaro zaprosił do siebie swojego najlepszego przyjaciela z ostatnich lat: podczas tego wyjazdu do Emilii ponownie stanął u boku Marcusa Thuram, długoletniego partnera Argentyńczyka, a obecnie zastąpionego przez młodego Pio w roli pierwszego rycerza króla. Tym razem ambitny Esposito pozostał w tyle, ograniczając się do zastąpienia kapitana na ostatnie piętnaście minut. I w końcu wysłuchał kapitana, który był podekscytowany jak nigdy dotąd: „Mam dreszcze, bo wspominam swoje dzieciństwo, mojego ojca, który zabierał mnie na boisko… – powiedział Argentyńczyk – Osiągnięcie tego celu jest bardzo ważne dla mnie i dla Interu, ale teraz muszę kontynuować: osobiste osiągnięcia mają sens tylko wtedy, gdy służą celom drużyny”.
Podobnie jak Goggia, która ma w swoim dorobku złoty i srebrny medal olimpijski, Martinez natychmiast rzucił się w pogoń za dwoma brakującymi medalami: wyprzedzenie Bonimby na trzecim miejscu nie wystarczy, zaczyna się długa droga do Altobelliego, który jest drugi z wynikiem 208 bramek. W tym tempie dogonienie drugiego miejsca może nastąpić już w przyszłym sezonie, podczas gdy Meazza unosi się wysoko w empyreum, pozornie nieosiągalny z 284 bramkami. 28-letni Lautaro ma lukratywny kontrakt na kolejne trzy i pół sezonu, ale tak bardzo kocha te barwy, że nie jest przesadą wyobrażać sobie go w koszulce nerazzurri nawet po 2029 roku: przy takim tempie wystarczyłoby kolejne sześć lat, aby wspiąć się na szczyt góry. Trudne, ale nie niemożliwe, a poza tym płomień olimpijski płonący w Arco della Pace, kilkaset metrów od domu Martineza, inspiruje do wielkich wyczynów. W końcu Argentyńczyk buduje swoją karierę jako akt miłości do nerazzurri, podążając śladami innych wielkich, którzy złożyli przysięgę wierności jednej koszulce: wśród piłkarzy, którzy strzelili bramki wyłącznie w barwach jednej drużyny, tylko pięciu zdobyło w lidze więcej goli niż Argentyńczyk: ma ich 129, tak samo jak Bettega, przed nim Pascutti z Bologną (130), Rivą z Cagliari (156), Bonipertim i Del Piero z Juve (178 i 188) oraz Tottim z Romą (250).
Niebo Olimpiady — Wczoraj, jako kapitan, Lautaro chciał dodać kilka słów na temat tej piekielnej maszyny do asyst, jaką jest Dimarco, który stał obok niego podczas wywiadu po meczu: „Gdzie indziej można znaleźć takiego podającego? Zawsze żartujemy z Kolarovem, który jest kolejnym świetnym leworęcznym graczem, ponieważ posiadanie takiego strzelca jak Federico jest zawsze zaletą. Zawsze mnie szuka i trenujemy te zagrania, ale liczy się tylko to, żeby Inter zawsze był na szczycie, a nie to, kto strzela bramki lub asystuje”. Taki nastawienie nie jest zaskakujące, ponieważ najlepszy strzelec (14 bramek) wypełnia swoim przywództwem całe boisko i atakuje przeciwników: wczoraj na przykład pocieszał kolegę Berardiego w momencie największej frustracji Sassuolo. Kiedy kontrowersyjny Luis Henrique strzelił piątego gola, Argentyńczyk ryzykował nawet złamanie karku na ławce rezerwowych. Świętując z Thuramem, omal nie upadł, ale pozostał na nogach dzięki umiejętnościom balansowania, które często wykorzystuje w polu karnym. Będą mu one potrzebne również w brawurowym pędzie do historii, aż do złotego medalu Olimpiady.
