Isolde, była mistrzyni świata, prowadzi domek górski w Selva di Val Gardena: „Jestem wszechstronna – pracuję w kuchni i zabieram turystów na narty. Dzisiejsze reprezentantki Włoch nie są już silniejsze od nas. A moje dzieci? Jeden jest kucharzem, drugi nam pomaga, a najmłodszy chce zostać Ronaldo”
Trzy medale olimpijskie, trzy na mistrzostwach świata, 15 zwycięstw w Pucharze Świata, 51 miejsc na podium, zwyciężczyni Pucharu Świata w zjeździe w 2001 i 2002 roku: Isolde Kostner należała do najszybszych narciarek świata. Teraz jest odnoszącą sukcesy przedsiębiorczynią.
Isolde, jak wyglądało te pierwsze 50 lat?
„Wcale nie były nudne. Miałam cudowne dzieciństwo, dwoje rodziców, którzy dali mi swobodę: latem mogłam bawić się w lasach i na łąkach; zimą uprawiać narciarstwo, narciarstwo biegowe, hokej na lodzie, łyżwiarstwo. Można było jeszcze jeździć na sankach po ulicy”.
Potem nadeszły lata kariery sportowej.
„Zaczęłam poważnie trenować w wieku 11 lat, a skończyłam w wieku 31. Spełniłam marzenie, które miałam jako dziecko – żeby pewnego dnia jeździć na nartach w telewizji. Moja mama była wielką fanką, oglądała wszystkie zawody. Ja też – moim idolem była Zurbriggen. Moją pasją nie były narty, ale sport w ogóle: siatkówka, kolarstwo, wspinaczka, wędrówki górskie, pływanie, narciarstwo biegowe. Nauczyłam się wielu rzeczy: dzięki ciągłemu kontaktowi z wieloma ludźmi pochodzącymi z różnych miejsc i różnych rodzin bardzo się wzbogaciłam”.

Kim jest dziś Isolde Kostner?
„Jestem mamą trójki dzieci w wieku 19, 17 i 9 lat. Prowadzę też dwa obiekty: pensjonat, w którym wzięłam ślub – Garní Residence Soraiser w Selva di Val Gardena, który należał do rodziny mojego męża – oraz od trzech lat luksusowy domek letniskowy Vilaiet w Ortisei” .
Nadal utrzymuje kontakt z wieloma osobami.
„Turyści nie zostają dłużej niż tydzień, a fajne jest to, że są na wakacjach, więc zazwyczaj są bardziej zrelaksowani. Ale biada, jeśli nie ma Wi-Fi…”.

Jaka jest Pani rola?
„W pensjonacie jestem wszechstronna: jeśli brakuje pokojówki, pełnię tę rolę; jeśli nie ma mojego męża, przygotowuję śniadania – jestem tam, gdzie mnie potrzebują. Zajmuję się ogrodami, spędzam całe dni na pielęgnacji kwiatów i przycinaniu krzewów. Do tego pranie i ścielenie łóżek. W schronisku natomiast witam gości i jeden dzień w tygodniu zabieram ich na narty”.
Gdzie na wakacje wyjeżdża osoba mieszkająca w Val Gardena?
„Szukamy ciepła, jedziemy nabrać zapasu słońca”.
Ulubiona pora dnia?
„Jestem rannym ptaszkiem. Najwyraźniejszym wspomnieniem z mojej kariery sportowej są poranki na lodowcach – wychodziliśmy bardzo wcześnie, przed piątą, kiedy jeszcze nikogo nie było, i oglądaliśmy wschód słońca”.
Czy wasze dzieci wam pomagają?
„Drugi syn bardzo nam pomagał już od najmłodszych lat, ale jako nastolatek stracił na to ochotę. David, ten starszy, chciałby zostać kucharzem i pracuje w Selvie w kuchni szefa kuchni z gwiazdką Michelin. Młodszy na razie chce zostać Cristiano Ronaldo”.
W tym roku jej najstarszy syn kończy dwadzieścia lat: jakie to dla niej uczucie?
„Niesamowite. Życie mija zbyt szybko. W 2024 roku świętowałam 30. rocznicę zdobycia mojego pierwszego medalu olimpijskiego i nie mogłam w to uwierzyć: jak to możliwe, że minęło już trzydzieści lat?”.
Czy jej synowie różnią się od niej samej w ich wieku?
„Różnią się, tak. Już w wieku 11 lat byłam bardzo skrupulatna, perfekcjonistką, zawsze robiłam więcej niż mi zlecano. Oni nie są tak zdeterminowani. Młodszy gra na akordeonie, ale nie ma na tym punkcie obsesji. Na razie interesuje się piłką nożną, zobaczymy za dwa lata”.
Jaką jest Pani mamą?
„Bardzo podobną do moich rodziców. Nie boję się – kiedy były małe, wysyłałam je na najtrudniejsze trasy, zapisywałam im mój numer telefonu na kasku, ale zawsze wracały do domu całe i zdrowe”.
A jako żona? Jest Pani zazdrosna?
„Nie. Gdyby znalazł kogoś, kto podoba mu się bardziej niż ja, niech sobie idzie. Być może mówię to, bo jak dotąd tak się nie stało”.
Czy łatwo było Pani zakończyć karierę zawodniczą?
„Tak, bo w 2004 roku dałam sobie trochę czasu na podjęcie decyzji, postanowiłam kontynuować karierę tylko do igrzysk w Turynie. Byłam gotowa zakończyć karierę. Potem, w grudniu, dowiedziałam się, że jestem w ciąży, po prostu zakończyłam ją wcześniej”.
Opuściła Pani igrzyska olimpijskie, bo spodziewała się dziecka: jak zareagowała na to federacja?
„Pewnie nie przyjęli tego zbyt dobrze, ale tak już się stało”.
Na trasie Olympia delle Tofane w Cortinie wygrała Pani pięć razy.
„To była właśnie moja trasa. Uważałam Lindsey Vonn za niepokonaną, ale teraz już nie wiem”.
Czy dzisiejsze reprezentantki Włoch są silniejsze od Pani?
„Nie powiedziałabym tego. Wystarczy przypomnieć sobie wszystkie nasze rywalki”.
Czym były dla Pani igrzyska olimpijskie?
„Lillehammer to było marzenie. Miałam 18 lat, niedawno wygrałam swój pierwszy wyścig, ale byłam spokojna, bez żadnej presji. Mówiłam sobie: zjeżdżam, daję z siebie wszystko, jeśli będę trzydziesta – w porządku, jeśli stanę na podium – tym lepiej”.
Zawsze wydawała się spokojna.
„A jednak miałam problemy z żołądkiem: byłam przekonana, że to mój słaby punkt, ale odkąd zakończyłam karierę, nigdy więcej nic mnie nie dolegało. Najwyraźniej to był stres”.
Pierwsze zawody?
„W pierwszej klasie szkoły podstawowej, na szkolnych zawodach. Zajęłam drugie miejsce za moją najdroższą przyjaciółką Christine Gruber”.
Jej największa zaleta?
„Powiedziałabym, że równowaga. Nawet jeśli się zdenerwuję, nigdy nie przesadzam”.
Czy ma Pani jakieś marzenie, które jeszcze nie spełniło się?
„Niestety nie, nie mam już wielkich marzeń, takich jak wygrywanie zawodów. Chciałabym jednak zachęcić osoby w wieku 50 lat i starsze do uprawiania sportu. To bardzo ważne, to kwestia zdrowia”.
Czy jest coś, co Pani przeraża?
„Niektórzy politycy budzą we mnie obawy”.
Czy jest Pani szczęśliwa?
„Tak. Po 50. roku życia odnalazłam w sobie więcej spokoju. Zawsze byłam bardzo skrupulatna, chciałam, żeby wszystko było idealne. Nauczyłam się podchodzić do tego z większym dystansem”.
