Były piłkarz jest dziś asystentem Pirlo w Zjednoczonych Emiratach Arabskich: „On uczył się ode mnie… Żartuję, ale tak czy inaczej nigdy nie byłem zazdrosny. Mama była dla mnie wszystkim”

Gdyby Roberto Baronio mógł dostać się do Hogwartu, chętnie skorzystałby z „myślowiska”. Umywalni, która pozwala ożywić wspomnienia. Od czasu do czasu używałby jej dla siebie, przywołując pocztówki z Brescii czy Rzymu, ale najczęściej pomagałby swojej matce, chorej na Alzheimera, do której dzwoni raz dziennie, by powiedzieć jej to samo: „Pamiętaj, że cię kocham”. Baronio, 48 lat, dawny znakomity rozgrywający, który został trenerem, przegląda album swojego życia z Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Od zeszłego lata jest asystentem swojego przyjaciela Pirlo w United FC, w drugiej lidze.

Jak to dalej wygląda?

„Jesteśmy drudzy z jednym punktem straty. Po porażce z Sampdorią, zwolnieniu po trzech kolejkach na kilka miesięcy przed play-offami, do których dotarliśmy bez możliwości wzmocnienia składu, potrzebowaliśmy nowej przygody”.

A kiedy zaczęła się jego przygoda?

„W 1990 roku, gdy miałem 12–13 lat. Oglądałem program „Galagoal”. Prowadziła go Alba Parietti, pokazano bramkę Fonseca z przewrotki w meczu Sampdoria–Cagliari oraz piosenkę „Uno su mille ce la fa” Gianniego Morandiego. Właśnie wtedy pomyślałem: „To ja muszę być tym, któremu się uda””.

A kiedy zdałeś sobie sprawę, że ci się uda?

„Z Lucescu, w Brescii. Bardzo nas cenił – mnie i Pirlo, mojego wieloletniego przyjaciela. Powoływał nas do pierwszej drużyny prosto z sekcji młodzieżowej. Od podwórka przy domu do koszulki na całe życie. Dorastałem w skromnej rodzinie robotniczej, z bratem starszym o 7 lat. Nasz pierwszy telewizor był czarno-biały. Zanim zostałem piłkarzem, pracowałem też jako malarz pokojowy. Wie pan, o tych letnich dorywczych pracach, żeby zarobić 50 tysięcy lir? Mój brat mi pomagał, także dlatego, że w domu, w tamtych czasach, byliśmy tylko ja, on i nasza matka”.

Jakim człowiekiem był pański ojciec?

„Zmarł, gdy miałem 11 lat, 28 grudnia 1988 roku. Miał chłodny charakter, był wielkim pracusiem. Kiedy zadebiutowałem w Serie A z Brescią, 23 kwietnia 1995 roku w Bari, bardzo chciałem, żeby tam był”.

Jak ważna była dla pana matka?

„Była dla mnie wszystkim. Latem 1996 roku, przed przejściem do Lazio, płakałem. Nie chciałem jej opuszczać. Trzy dni zajęło mi podpisanie umowy, mimo że była to umowa na pół miliarda. W Brescii zarabiałem sześć milionów. W tamtym czasie chcieli mnie Juve i Inter, ale o Lazio dowiedziałem się dopiero po fakcie. W dniu wyjazdu miałem cztery torby podróżne. Nie wiedziałem, co robię. Bardzo bym chciał, żeby to zapamiętała”.

Co jej pan mówi, kiedy się z nią pan rozmawia?

„Żeby pamiętała, że ją kocham. »To ja, Roby, twój syn« – przypominam jej podczas wideorozmowy. Ona odpowiada »tak« i uśmiecha się. Nie wiem, czy naprawdę wie, z kim rozmawia”.

O czym chciałbyś, żeby pamiętała?

„Że spełniłem nasze marzenia”.

Najpierw w Brescii, potem w Lazio.

„Myślę o treningach Zemana, wymiotowałem co drugi wieczór po przebiegnięciu trzech tysięcy metrów. Do tego jedliśmy niewiele: warzywa, zupy, minestrone…”.

A w międzyczasie Pirlo wciąż był w Brescii.

„Moratti wyciągnął go z Parmy i zostawił tam. Dorastaliśmy razem: wygraliśmy mistrzostwa Europy U-21, dzieliliśmy pokój i graliśmy w Regginie w Serie A w najlepszym roku mojego życia, obok tych spędzonych w Chievo. W 2000 roku chciał mnie Milan, ale zdecydowałem się wrócić do Lazio. Kto wie, jak by to się potoczyło”.

Czy ciągłe porównywanie z Andreą rzucało na ciebie cień?

„Nigdy nie zbliżyłem się do niego, nigdy. Nie czułem zazdrości. Może na początku lepiej mówiono o mnie, ale on nie był jeszcze Pirlo. Żartobliwie mówię mu, że nauczył się ode mnie, jak być rozgrywającym. Kiedyś w Nowym Jorku powiedziałem mu: „O, za kilka lat będziesz moim asystentem”. A on na to: „Jeśli już, to na odwrót, to ja znajdę drużynę…”.

A w 2020 roku zaprosił cię do Juventusu.

„Zaczęliśmy od drużyny U23, a potem znaleźliśmy się w Serie A. Dwa tytuły i awans do Ligi Mistrzów w ostatniej kolejce nie wystarczyły, bym mógł zostać. Chciałbym kontynuować”.

Jakieś anegdoty o Ronaldo?

„Przez pierwszy miesiąc mówił do mnie tylko „cześć”, a potem, pewnego popołudnia, wykonałem kilka rzutów wolnych po Pirlo. Wszystkie w sam róg. On stał przy linii bocznej z Nedvedem i zapytał go, czy grałem. Kiedy powiedziałem mu, że dzieliłem szatnię z Couto i Conceicao, jego twarz się rozjaśniła. Od tego dnia zaczął mnie wzywać do dośrodkowań. Chciał, żeby piłka była na wysokości punktu karnego, żeby mógł ją uderzyć głową. Pocąłem się zimnym potem”.

A czy pani kariera potoczyła się tak, jak powinna?

„Aby być mistrzem, musiałabym być nim we wszystkim, a nie tylko pod względem techniki. Nie wygrałabym mistrzostw świata, ale przy większym zaangażowaniu w codziennej pracy mogłabym osiągnąć więcej. A czasami miałam pecha”.

A propos. Co się wydarzyło w Perugii z Gaucci w 2003 roku?

„Cosmi zrobił wszystko, żeby mnie pozyskać, ale on nie. Nie zgadzał się na pensję. Prawda jest taka, że w pierwszych meczach, w których grałem słabo, miałem infekcję dróg moczowych. Wtedy Gaucci poszedł do trenera i powiedział mu: »Albo go nie wystawisz do gry, albo cię wyrzucę«. Nie powoływał mnie do składu, nie mogłem rozmawiać z dziennikarzami. To była swego rodzaju forma mobbingu. Potem to sam Gaucci powiedział Cosmiemu, żeby posadził mnie na ławce i nie pozwalał mi grać. W końcu, żeby to wszystko usprawiedliwić, wyskoczył z twierdzeniem, że numer 13 przynosi pecha i że właśnie dlatego nie gram. Ostatecznie klub postanowił umieścić znak „+” między cyframi 1 i 3. Pod koniec sezonu zadzwonił do mnie Riccardo, syn Luciano, i przeprosił w imieniu wszystkich. Trudno mi było odpowiedzieć. I odszedłem”.

Koszmar, podobnie jak w Fiorentinie w poprzednim sezonie, kiedy spadliśmy do Serie B.

„Przyszedłem dla Manciniego, ale klub był w rozsypce. Pewnego dnia pojawili się Stanković i Mihajlović, ale negocjacje nie doszły do skutku, bo zabrakło pieniędzy”.

A jak ocenia swoją historię z Lazio?

„Chciałem grać, dlatego zawsze wyjeżdżałem na wypożyczenie. Jedynym rokiem, w którym grałem, był sezon 2009–10, kiedy to jako gracz podstawowego składu zdobyłem Superpuchar. Kiedy Ledesma wypadł ze składu, to ja tam byłem. Najciekawsze jest to, że już w styczniu miałem podpisany kontrakt z Bologną, ale Lotito przysiągł, że da mi dwuletni kontrakt. „Przyjdź do mnie pod koniec okienka transferowego i wszystko załatwimy”. Przez sześć miesięcy nie mogłem się z nim skontaktować, zniknął. Pastorello próbował na wszelkie sposoby się z nim skontaktować. Ale nigdy nie udzielałem wywiadów, nigdy nie wywoływałem kontrowersji. Tak po prostu musiało być”.

Co powiedziałbyś dzisiaj dwudziestoletniemu Baronio?

„Żeby dawał z siebie więcej, żeby nie spoczął na laurach. Myśl »i tak zarabiam« była początkiem końca. Dzisiaj uczę młodych, żeby nie patrzyli na pieniądze”.

Leave a Reply