Kapitan Ligorna, klubu z 104-letnią historią, który nigdy nie brał udziału w profesjonalnych rozgrywkach, opowiada o swojej walce z chorobą: „To był ciężki cios, ale moja rodzina i klub byli mi blisko. Jako młody chłopak grałem w Genui Gaspiego i pamiętam ten faul na Borriello…”
Paolo Scannapieco rozegrał swój najważniejszy mecz poza boiskiem: „Trzy lata temu zdiagnozowano u mnie nowotwór złośliwy ślinianki przyusznej. To był ciężki cios, lekarze zdecydowali się natychmiast operować, na szczęście choroba nie dała przerzutów. Po trzech tygodniach już walczyłem w obronie”. Urodzony w 1997 roku piłkarz jest kapitanem Ligorna, trzeciej drużyny z Genui, która marzy o historycznym awansie do ligi zawodowej. Drużyna trenowana przez Matteo Pastorino prowadzi w grupie A Serie D z 59 punktami, +1 nad drugim Vado. W niedzielę odbędzie się derby z rywalami: „To ważny mecz, ale zagramy bez presji. Na początku sezonu nie spodziewaliśmy się walki o szczyt tabeli. W ciągu 104 lat historii klub nigdy nie awansował do Serie C. Żyjemy jak w bajce, cieszymy się każdą chwilą tych rozgrywek”. Wychowany w młodzieżowej drużynie Genui, w 2015 roku Scannapieco został również powołany przez ówczesnego trenera Rossoblù Gian Piero Gasperiniego na wyjazdowy mecz na Olimpico przeciwko Romie: „Nie zadebiutowałem, ale były to niesamowite emocje. Byli tam De Rossi, Nainggolan, Dzeko. Poprosiłem Salaha o koszulkę, która nadal jest eksponowana w moim salonie”.
Dlaczego zdecydowałeś się opowiedzieć o swojej chorobie dopiero teraz?
„Nadal trudno mi o tym mówić. Wielu moich kolegów nie wiedziało, przez co przeszedłem. To osobista, delikatna sprawa, potrzebowałem czasu. Trzy lata temu, tak jak dzisiaj, wolałem nie skupiać na sobie uwagi. Liczy się tylko drużyna”.
Dlatego po operacji w styczniu 2023 roku natychmiast wrócił do gry.
„Lekarze zalecali mi ostrożność i noszenie kasku ochronnego. Poszedłem za instynktem. Operacja trwała ponad cztery godziny, choroba nie uszkodziła innych narządów. Dzięki temu uniknąłem długiej terapii. Miałem szczęście”.
Bałeś się, że będziesz musiał porzucić piłkę nożną?
„Nawet przez chwilę. Moim jedynym celem było powrót na boisko, aby pomóc Ligornie. Moja partnerka i cała moja rodzina nigdy mnie nie opuścili. Klub również zawsze był po mojej stronie. Nie poddałem się. Teraz czuję się dobrze, co sześć miesięcy przechodzę wszystkie badania kontrolne. Ważne jest, aby zawsze znaleźć siłę, by się podnieść”.

Jego historia jest najlepszym przykładem.
„Dorastałem w młodzieżowej drużynie Genoi, w ostatnim roku w Primavera z trenerem Stellinim byłem kapitanem. W 2015 roku Gasperini często wzywał mnie na treningi pierwszej drużyny. Byli tam Burdisso, Izzo, Borriello, Perotti, Pinilla, Pandev. To była niesamowita grupa”.
Jakieś anegdoty z tego okresu?
„Pewnego razu, podczas meczu treningowego, wślizgnąłem się w Borriello, uderzając go w nogę. Odwrócił się i spojrzał na mnie z gniewem. Wszystko wyjaśniło się pod koniec treningu. Ansaldi był natomiast najbardziej otwarty. Kiedy lecieliśmy samolotem do Rzymu, zaprosił mnie, żebym usiadł obok niego i posłuchał trochę muzyki. Nie miałem nawet słuchawek”.
Twoja kariera zawsze toczyła się w Serie D.
„Miałem nadzieję na szansę wśród profesjonalistów, niestety nigdy jej nie dostałem. Dużo podróżowałem: Virtus Bergamo, Pavia, Imperia”.
Prezes Inveruno zaproponował mi pracę: rano montowałem płyty główne do komputerów, a po południu trenowałem
Paolo Scannapieco
Musiał zakasać rękawy.
„Kiedy byłem w Inveruno, prezes zaproponował mi pracę jako robotnik. Rano montowałem płyty główne do komputerów, a po południu trenowałem. W weekendy wychodziłem na boisko. Do dziś, latem, dorabiam, tankując łodzie i jachty zacumowane w porcie Loano”.
Nadal mieszka w Loano, w prowincji Savona, pomimo codziennych obowiązków związanych z Ligorną.
„Codziennie jeżdżę pociągiem do Genui. Na stacji klubowy autobus zabiera mnie na treningi”.
Od 2021 roku nosi koszulkę klubu biancazzurro, a od trzech lat jest kapitanem drużyny. W tym sezonie przegraliście tylko trzy mecze: jaki jest sekret?
„Zgrana grupa. Dobrze nam się razem pracuje, zarówno na boisku, jak i poza nim. Panuje między nami świetna atmosfera, przynajmniej raz w miesiącu spotykamy się wszyscy na kolacji. Mamy wielu młodych zawodników, którzy dają z siebie wszystko, a w grudniu dołączył do nas doświadczony napastnik Vuthaj”.

Celem jest historyczny awans do C.
„W ciągu 104 lat Ligorna nigdy nie grała wśród profesjonalistów. Byłoby to niesamowite osiągnięcie. Doskonały sezon jest wynikiem niezwykłej pracy klubu kierowanego przez prezesa Saracco”.
Trzecia drużyna Genui marzy o awansie do profesjonalistów.
„Zostało jeszcze osiem meczów, droga jest długa. Teraz skupiamy się na derbach z Vado w tę niedzielę”.
Nie zdarzy się to, ale jeśli tak, to jak będzie świętować?
„W czerwcu pobieramy się z moją partnerką Anną. Awans do Serie C byłby wisienką na torcie… weselnym”.
