Wielki napastnik, a później menedżer, Kalle kończy 70 lat. „Konferencja Trapattoniego w Bayernie trafiła do wiadomości telewizyjnych. W latach 80. świat był bardziej uśmiechnięty”.
„Kiedy byliśmy dziećmi, budowaliśmy boiska w Lippstadt; kosiliśmy trawę, montowaliśmy drewniane bramki, a kiedy szkoły zamykały się na sześciotygodniowe wakacje, codziennie graliśmy tylko w piłkę”. Karl-Heinz Rummenigge kończy w czwartek 70 lat i od siedemdziesięciu lat żyje piłką nożną: od chłopca „rzemieślnika piłki nożnej” do gwiazdy pierwszej wielkości jako piłkarz, a następnie menedżera o uznanej międzynarodowej renomie: „Piłka nożna nadal sprawia mi radość”.
A co sprawia Ci radość w piłce nożnej?
„Właśnie piłka nożna sama w sobie, ponieważ widzę nowe rzeczy, które czasami działają, a czasami nie, ale piłka nożna była zawsze moim życiem od dzieciństwa, lubię ją oglądać. Kiedy grałem jako młody człowiek, była to najpiękniejsza rzecz, nawet na stadionie takim jak San Siro, gdzie po zdobyciu gola wybuchała radość kibiców, moja i moich kolegów”.
A jeśli chodzi o bramki, to która była najpiękniejsza?
„Ta, którą mi anulowali, akrobatyczna, w meczu Inter-Rangers w 1984 roku. Widziałem zdjęcie, na którym moja stopa była pół metra od obrońcy. Potem strzeliłem kolejnego gola, łatwego, głową, ale ten poprzedni był arcydziełem, skradzionym przez niemieckiego sędziego”.
Najtrudniejsi przeciwnicy?
„Było ich wielu, zwłaszcza we Włoszech. Ale do najtrudniejszych zaliczam Beppe, to znaczy Bergomiego, jak w finale mistrzostw świata w 1982 roku. Claudio Gentile również nie był moim bliskim przyjacielem na boisku. A potem, co dziwne, Niemiec, Karl-Heinz Förster, bardzo szybki, skoncentrowany; ale w ostatnim sezonie w Bayernie strzeliłem mu dwa gole, był wściekły. Pamiętam też dość trudne spotkanie z Franco Baresi”.
Jakiego rodzaju?
„Derby Mediolanu, graliśmy bez ochraniaczy, faul milanisty, rana na goleni. W szatni doktor Benazzi chciał mi zrobić zastrzyk przeciwbólowy, ale nie mógłbym wtedy zagrać w środę w Pucharze w Kolonii. Zostałem zszyty bez znieczulenia, z ręcznikiem w ustach, żeby stłumić ból. W środę zagrałem w specjalnych ochraniaczach, strzeliłem dwa gole i wygraliśmy 3:1. Szwy dobrze mi zrobiły”.
Kiedy zdałeś sobie sprawę, że Twoim przeznaczeniem jest Włochy?
„Przyjechałem tu w 1984 roku, ale już wcześniej myślałem o Włoszech, jeśli opuszczę Bayern. Chciała mnie Barcelona, aby grałem u boku Maradony, ale spędziłem wakacje w Waszym kraju i bardzo mi się spodobało. Miałem też bliski kontakt z panem Bonipertim, który od czasu do czasu przyjeżdżał do Monachium, aby napić się kawy ze mną i moją żoną. Był dżentelmenem z wielką klasą. Chciał mnie sprowadzić do Juve, a ja powiedziałem, że jeśli zdecyduję się odejść, poinformuję go o tym”.
A jak go zdradził, przechodząc do Interu?
„Nie, nie zdradziłem go. Zawsze zachowywałem się poważnie. Sandro Mazzola przyjechał do Monako, aby zaproponować mi kontrakt z Interem, więc poinformowałem o tym Bonipertiego. Potrzebował czasu, ponieważ musiał porozmawiać z adwokatem Agnellim, ale powiedział mi: „Jeśli chcesz, znajdziemy rozwiązanie”. W międzyczasie nawiązałem już kontakt z Ernesto Pellegrinim. Zdecydowałem się, ponieważ spodobało mi się miasto Mediolan i klub Inter, od razu poczułem się dobrze, również dzięki temu, jak ludzie przyjęli mnie na stadionie”.

Potem pojawiły się słynne róże Mazzoli dla jego żony, zgodnie z legendą. Czy to prawda?
„Sandro był sprytny, przyszedł do mojego domu, poszedł do mojego biura, aby zadzwonić do Pellegriniego, a potem wrócił do salonu i powiedział mi: „prezes się zgadza, możemy to zrobić”.
A jak przekonał Trapattoniego, w czasach, gdy włoscy trenerzy nie wyjeżdżali za granicę, do przejścia do Bayernu w 1994 roku?
„Ja, Franz Beckenbauer i Uli Hoeness udaliśmy się do jego domu w Cusano. Rozmawialiśmy, a potem poprosił mnie, abyśmy poszli we dwójkę do kuchni. Wyjaśnił mi, że nie rozumie mojego zachowania, ponieważ był moim trenerem w Interze, kiedy doznałem kontuzji ścięgna i straciłem przedłużenie kontraktu, a wstępna umowa była już podpisana. Czuł się odpowiedzialny i zapytał mnie, czy nie jestem na niego zły. Odpowiedziałem, że nie, ponieważ była to decyzja zawodowa. Powiedział, że Włoch nie zachowałby się w ten sposób. Uścisnęliśmy sobie dłonie i przyszedł do Bayernu.
Był to nowoczesny pomysł jak na tamte czasy.
„Tak, miał trudności z językiem, przychodził do mnie i mówił, że nie radzi sobie z niemieckim, a ja jako wiceprezes wkroczyłem do akcji, aby pomóc mu jako tłumacz, rozumiałem, że ma trudności. Wszystko poszło dobrze, zwłaszcza podczas jego drugiej przygody z Bayernem. Stał się ulubieńcem kibiców dzięki tej słynnej konferencji prasowej”.

Oczywiście, „Strunz” i gracze tacy jak „Flasche leer”, puste butelki. Byłeś w siedzibie klubu?
„Tak, przyszedł rzecznik prasowy i powiedział nam, żebyśmy włączyli telewizor, ponieważ Trap dał niesamowitą konferencję prasową. Był tam również Franz, po raz pierwszy konferencja trenera została pokazana również w wiadomościach. Trochę się śmialiśmy, ale powiedzieliśmy też: w końcu ktoś, kto mówi jasno do piłkarzy”.
Którzy piłkarze podobały się panu najbardziej?
„Napastnicy są solą w zupie, jak to mówimy. Zwłaszcza skrzydłowi, tacy jak Ribery, Robben, a teraz Olise. I środkowi napastnicy. Nawet Luca Toni. Który nie był zbyt przekonany do przejścia do Bayernu”.
Jak go przekonałeś?
„Pojechaliśmy do Brescii, do domu jego agenta, i w końcu wszyscy się bardzo śmialiśmy, nawet Beckenbauer, który nie rozumiał włoskiego. Wyjechaliśmy zadowoleni. Luca był trafnym wyborem, zarówno ze względu na gole, jak i swoje podejście w szatni”.
