Trener reprezentacji Włoch opowiada o triumfie Azzurri w mistrzostwach świata w ostatnim wyścigu: „Dorastaliśmy razem, a Włochy są teraz systemem”.

Jego żona Elena Cecchini nazwała go „najbardziej niesamowitym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek znała”. Matteo Trentin określił złoty medal Elia Vivianiego w wyścigu eliminacyjnym w niedzielę na torze w Santiago w Chile jako „orgazmiczny”. Ale jak opowiada o tym Marco Villa, trener reprezentacji Włoch? „Anegdota? Potrzebna byłaby cała książka…” – uśmiecha się spokojnie Villa. Wiele wspólnych lat, rozwój i triumfy, aż do stworzenia „systemu włoskiego”: Elia i Marco tworzyli wyjątkowy duet.
Dni pożegnania z zawodowym sportem przez „Proroka”, który „żegna się z kolarstwem”, są okazją do ponownego przeczytania niektórych wydarzeń, zwłaszcza tych, które miały miejsce na torze między Villą a mistrzem, który zaprojektował sobie również złoty finał mistrzostw świata. Emocje, które nie wydają się wyczerpywać trzy dni po wyścigu pożegnalnym.
Villa, zacznijmy od końca.

„To było naprawdę piękne. Jakości i wartość Elii były niepodważalne, wydawało się, że nie ma już dla nas żadnych niespodzianek, a jednak spełniło się to, o czym marzył. Mówił: „Byłoby wspaniale wygrać mistrzostwa świata w wybranym przez siebie wyścigu pożegnalnym”, wyścigu światowym, a nie jakimkolwiek kryterium. Triumfował w absolutnym kontekście. Zresztą rok temu, kiedy pozostał bez drużyny, powtarzał mi: „Nie chcę tak kończyć, nie chcę ogłaszać zakończenia kariery w ten sposób”. Wybrał więc sposób zakończenia kariery, zaplanował ją tak, jak chciał. To się nazywa spełnienie marzeń…”.

Od ostatniego do pierwszego Viviani: jakie dostrzegasz różnice?

„Zawsze był dojrzały. Od mojego pierwszego roku jako trener widziałem dziewiętnastolatka, który wiedział, co robić, który wiedział, dokąd chce dotrzeć. Czasami mówiłem sobie: „Jak Elia może być tak pewny siebie, skoro nie startował jeszcze w mistrzostwach świata elity?”. A jednak wypadł dobrze, zajmując drugie miejsce w wyścigu scratch”.

Trudny moment, którego nie zapomnisz?

„Był dobrze przygotowany do Londynu 2012 i na starcie ostatniej próby Omnium był pierwszy, ale w wyścigu na kilometr, który był przeznaczony dla specjalistów, zajął szóste miejsce. Były to jego pierwsze zawody olimpijskie, zaczął od szóstego miejsca, ale nie zniechęcił się. W rzeczywistości nastąpiły cztery intensywne i owocne lata, również na szosie: Elia wygrywał, nie rezygnował z niczego na szosie i przygotowywał się do wyścigów na torze. Nie rezygnował z treningów i nigdy niczego nie lekceważył”.

Elia wygrywał, a Ty budowałeś świetną reprezentację narodową: czy był i jaki był efekt Viviani?

„Tak, między omnium, długimi i krótkimi wyścigami, grupowymi, był mi pomocny, pozwalając mi wzbogacić moje doświadczenie. Zostałem mianowany komisarzem technicznym i nie ukończyłem szkoły, która uczyłaby, jak wygrać olimpiadę w czwórce. Elia był wyjątkowy, ponieważ oprócz swoich umiejętności dał mi świetne informacje zwrotne. Obecna metodologia stała się systemem dla reprezentacji Włoch i zrodziła się podczas treningów w ciemnościach z Elią na welodromie w Montichiari, kiedy tego wieczoru nie było nikogo innego na torze. Tylko on. Razem zrozumieliśmy, co jest potrzebne, aby porównać drogę i tor. Znalazłem w nim osobę bardzo otwartą. To tak, jakbyśmy trenowali razem, dostosowaliśmy treningi do naszych potrzeb. Był to wspólny rozwój”.

A propos, w jakiej roli widziałbyś go po zakończeniu kariery?

„Widzę go dobrze wszędzie: jako trener ma już doświadczenie, zawsze miał doskonałe kontakty ze sponsorami, którzy go lubią. Jest bardzo dobry w kreowaniu wizerunku”.

Jak przeżyliście razem dni, kiedy Elia był chorążym na igrzyskach w Tokio w 2021 roku?

„Wiele podróży, dużo podróżował, ale Elia od razu wziął na siebie odpowiedzialność. Już rano planował spotkania i zobowiązania. To doświadczenie sprawiło, że stał się jeszcze bardziej błyskotliwy. W okresie przed igrzyskami w Tokio przyjechał najpierw ze mną, a potem razem z Ganną, który startował w jeździe na czas. Trenował z nami na szosie i na torze. Mógł startować w czwórce, ale ostatecznie bardziej niż ja cieszył się, widząc złote medale na szyjach innych chłopaków. Potem sam też zdobył medal. Powtarzam: nigdy się nie zniechęcał, ale brał udział we wszystkim, co działo się w drużynie. Zawsze był wielkim liderem”. 

A jak przeżył upadek w Rio w 2016 roku?

„Koreańczyk gwałtownie zmienił kierunek. Umówiliśmy się, że to Elia zdecyduje, czy zmienić koła, czy rower, więc wiedział już, co robić, i powiedział mechanikowi: „Biorę drugi rower”. Wygrał. To też był ostatni wyścig”.

Ostatnie wspomnienie?

„Lamon nazywał go Prorokiem, członkowie kwartetu zaimprowizowali mszę, ale Elia był tam również po kolacji, grał z kwartetem na PlayStation razem ze Scartezzinim, który był we Włoszech. Był z nimi do końca meczu, po północy. To pokazuje, jak bardzo czuł jedność grupy. Dlatego twierdzę, że pozostanie punktem odniesienia przez lata”.

Czy bez Vivianiego Włochy będą słabsze, tak jak po odejściu Nibaliego?

„Również Milan i Ganna bardzo na nim polegają, często konsultują się z nim, jak radzić sobie w niektórych sytuacjach. Tak samo jest w moim przypadku. Przed mistrzostwami świata w Rwandzie lub podczas Vuelta dzwonili do nas. Zawsze będzie jednym z nas”.

Leave a Reply