Jeden z najsilniejszych kickbokserów wszech czasów kończy karierę w sobotę ostatnią walką: „Przyjechałem do Włoch ciężarówką: miałem 13 lat i 13 tysięcy bójek. Wstawałem o 6 rano, szedłem pobiegać, potem na budowę do pracy i prosiłem o najcięższe zadania, żeby stać się silnym. Za pierwszą walkę dostałem 1700 euro, potem wygrałem milion, ale trzeba odliczyć podatki…”
Giorgio Petrosyan należy do grona takich zawodników jak Sinner, Tomba czy Vale Rossi: w swojej dyscyplinie, kickboxingu, wygrał wszystko i jest uważany za jednego z najsilniejszych zawodników wszech czasów. W swojej siłowni zależe mu na tym, by od razu ci o tym dać znać – zaraz po wejściu znajduje się gablota z wszystkimi pasami, które zdobył, a przejrzenie ich wszystkich zajmuje zaledwie minutę. Postanowił zakończyć karierę, a kiedy król odchodzi na emeryturę, nie ogranicza się do samego ogłoszenia tego, lecz patrzy swoim ludziom prosto w oczy: Petrosyan zrobi to w sobotę wieczorem na stadionie Allianz w Mediolanie. Ostatnia walka z Portugalczykiem José Sousą, ostatnia okazja, by zobaczyć „doktora” — nazywają go tak, bo uderza precyzyjnie jak skalpel — w akcji. Jego historia to opowieść o niewyobrażalnych poświęceniach; wszystko to odczytujesz w jego oczach czarnych jak noc, gdy pokazuje ci blizny.
Petrosyan, dlaczego kończy karierę?
„Chęć jest, ale przygotowanie się do walki stało się prawdziwym piekłem. Wie pan, ile miałem kontuzji?”.

Nie, wymień je.
„11 razy złamałem lewą rękę, prawej nawet nie wiem, ile razy, potem trzy złamania szczęki, kolana, stopy, przepuklina szyjna, złamany nos, co dla mnie jest normą. Zawsze operowałem się na czas i rozwiązywałem problemy, ale kiedy głowa chce pchnąć ciało, to mówi mu: »Och, zatrzymaj się, przecież nie masz już 20 lat«”.
Jednak żegna się walką. Szlachetny gest.
„Tak, mimo wszystko pojawię się tam doskonale przygotowany. Marzeniem mojego brata było zorganizowanie mojej ostatniej walki, a fakt, że odbędzie się ona przed moimi bliskimi, napełnia mnie dumą. Będziemy świętować pięknym zwycięstwem”.
Historia Petrosyana zaczyna się w Armenii. Jego pierwsze wspomnienie?
„Mój ojciec, który po zakończeniu roku szkolnego zabiera całą rodzinę na wakacje nad jezioro Sevan; tam dobrze jemy i jesteśmy szczęśliwi. Trwa już wojna, wokół kręcą się żołnierze; z niektórymi z nich się zaprzyjaźniam, a w zamian za jedzenie pozwalają mi strzelać z kałasznikowa do wody”.

Już jako dziecko Petrosyan myślał o walce.
„Każdego ranka o 6, zanim pójdę do szkoły, biegam, a potem wyciągam worek spod łóżka i zaczynam uderzać. Naśladuję sceny z filmów. Jednego dnia jestem Bruce’em Lee, innego Van Damme’em…”.
Wracając do wojny. Kilka lat później ty, twój ojciec i twój brat Armen ukrywacie się w ciężarówce i docieracie do Włoch.
„Pamiętam, że kilka miesięcy wcześniej w telewizji transmitowano mecz Włochy–Brazylia. Kibicowałem Brazylii i myślałem, że byłoby wspaniale tam pojechać, a mój brat Armen kibicował Del Piero i mówił, że Włochy są lepsze. W końcu to jego marzenie się spełniło. Ale pierwsze wspomnienia z Włoch są straszne: główny dworzec w Mediolanie, straszny mróz, nie wiemy, gdzie spać, mam 40 stopni gorączki i płonące gardło, a mój ojciec szuka pomocy”.
Potem trafiliście do Caritas w Gorizii.
„I tam też trenowałem, sam. Przywiązywałem materace do słupka, ćwiczyłem kopnięcia i ciosy. Armenijski przyjaciel zabrał mnie na siłownię Paolo Vidoza, ale on był w Sydney na olimpiadzie i musiałem czekać na jego powrót, żeby się zapisać. Dla mnie doskonalenie się to obsesja – wstaję o świcie, przebiegam kilometry, potem idę do pracy na budowie i celowo proszę o przydzielenie mi najcięższych zadań, żeby nabrać siły. W wieku dwudziestu lat rzucam pracę murarza, bo chodzenie na siłownię raz dziennie już mi nie wystarcza”.
W 2004 roku dzięki kickboxingowi pojawiły się pierwsze pieniądze.
„W Bolonii walczę z Tajem, dają mi 1 700 euro i jak tylko je dostaję, oddaję je ojcu – są potrzebne w rodzinie”.
Jego kariera: 115 walk, zaledwie 3 porażki, z czego jedna była sfałszowana.
„Tak, w Tajlandii. Za tą walką kryje się mnóstwo zakładów, dodają mi diuretyki do wody, na ring wchodzę kompletnie odwodniony. Mógłbym się poddać, ale reprezentuję Włochy, a tam Włosi są uważani za niegodnych zaufania, za ludzi, którzy od razu padają na deski albo rezygnują z walki. »Nawet jeśli nie stoisz na nogach, z dumy musisz walczyć« – mówię sobie”.
Nie jest Pani Tajką ani Holenderką, krótko mówiąc, nie pochodzi Pani z kraju o tradycjach w tym sporcie: pojawiła się Pani znikąd i wywróciła wszystko do góry nogami, co wymagało podwójnego wysiłku.
„Mój ojciec, aby mnie zmotywować, zawsze mówił: »Gorizia to małe miasto, im silniejsza się staniesz, tym bardziej świat cię pozna«. Przeszedłem najtrudniejszą drogę, ale właśnie dlatego była ona podwójnie piękna”
Ty i twój brat otrzymaliście paszport dopiero w 2014 roku, za osiągnięcia sportowe.
„Trochę mnie to irytowało, zawsze miałem tylko jedną flagę, trójkolorową: tak powinno być, tu się wychowałem. Ale bez paszportu miałem mnóstwo problemów. Aby wyjechać za granicę, miałem tylko dokument podróży, który w innych krajach nie jest uznawany. Na granicy spędzałem godziny w kolejkach, próbując to wyjaśnić; do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy będę mógł regularnie brać udział w zawodach, czy nie”.
Jak wygląda Włochy z perspektywy przybyszów z zagranicy?
„Coś tu nie działa. Kto popełnia błąd, nie ponosi konsekwencji. Nie wszyscy przybysze są tacy sami – dla tych, którzy handlują narkotykami, kradną i robią zamieszanie, potrzebne są surowsze zasady; nie może być tak, że wychodzą po dwóch dniach i znowu robią, co im się podoba”.
Wygrał zawody najbardziej przypominające fabułę filmu z Van Damme’em: turniej One Championship, w którym najlepsi na świecie walczą w systemie pucharowym, a stawką jest milion.
„Dowiedziałem się, że Van Damme był tancerzem i trochę stracił dla mnie na znaczeniu… Filmy kręcą aktorzy, ja walczę. Zacząłem dzięki nim, ale byłem lepszy, bo naprawdę zamieniłem marzenie w rzeczywistość. Milion? Odliczcie z tego podatki…”.

Jego najtrudniejszy przeciwnik?
„Właśnie ten tajski chłopak w Bolonii w 2004 roku. Ja stoczyłem wtedy zaledwie 25 walk, a on prawie 300. Nikt nie chciał z nami walczyć. Walka zakończyła się remisem, a ja bardzo cierpiałem, bo nie byłem wystarczająco silny; gdybym spotkał go dzisiaj, nie wytrzymałby nawet jednej rundy”.
Jak duże znaczenie w sportach walki ma technika, a jakie – głowa?
„Technika ma ogromne znaczenie, ale żeby z niej skorzystać, potrzebna jest głowa. Możesz mieć Ferrari, ale nic z tego nie będzie, jeśli nie umiesz nim jeździć”.
Trenuje Pan wielu młodych zawodników – czy dostrzega Pan w nich ten sam ogień, który Pan miał?
„Nie. Wiem, że porównania są błędem, ale gdybym zaproponował w sali treningi, które odbywałem w wieku 16 lat, przeciętna osoba nie wytrzymałaby nawet trzech dni”.
Dlaczego?
„Kiedy przyjechałem, miałem 13 lat i za sobą trzynaście tysięcy bójek w Armenii – to zupełnie inna mentalność. Widzi się wielu, którzy trenują tylko po to, żeby zrobić sobie zdjęcie, wrzucić je na media społecznościowe i pokazać znajomym, że walczą. Po prostu we Włoszech żyje się dobrze. Jeśli czujesz się dobrze, skąd wziąć tę agresję?”.
