Obrońca „Niebieskich Rekinów”: „Byliśmy w naprawdę trudnej grupie i wyszliśmy z niej zwycięsko dzięki naszym zasługom. Możliwość reprezentowania mojego ojca na największej scenie piłkarskiej jest fantastyczna”.
Szał na trybunach, wtargnięcie kibiców na boisko, łzy piłkarzy, wielka impreza na ulicach. Republika Zielonego Przylądka właśnie stała się bohaterką jednej z najpiękniejszych bajek w najnowszej historii piłki nożnej, po tym jak po raz pierwszy zakwalifikowała się do mistrzostw świata. Jest to wyjątkowe osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że będzie to najmniejszy kraj, jaki kiedykolwiek uczestniczył w mistrzostwach świata. Wystarczy pomyśleć, że nawet region Molise jest większy. Marzenie pół miliona mieszkańców Wysp Zielonego Przylądka spełniło się po końcowym gwizdku meczu wygranego 3:0 z Eswatini, dzięki czemu drużyna zajęła pierwsze miejsce w grupie przed Kamerunem. Od tego momentu archipelag afrykański będzie znany nie tylko z piękna swoich krajobrazów, ale także z tego, że zapisał się w elicie światowej piłki nożnej. Niesamowita historia tej reprezentacji dotyczy obrońcy Roberto Lopesa, urodzonego w Dublinie, ale naturalizowanego na obywatela Republiki Zielonego Przylądka dzięki pochodzeniu ojca. Urodzony w 1992 roku Lopes pracował w banku do 2016 roku, po czym dołączył do klubu Shamrock Rovers, którego został kapitanem. W trakcie swojej kariery zawsze grał w młodzieżowych reprezentacjach Irlandii, ale od 2018 roku wszystko się zmieniło dzięki wiadomości otrzymanej na LinkedIn. Z jego słów można wyczuć dumę i radość całego narodu Wysp Zielonego Przylądka z osiągnięcia tego celu, ale po powrocie do domu czeka na niego najpiękniejszy prezent, jaki życie mogło mu dać: narodziny jego pierwszego dziecka.
Gratulacje z okazji kwalifikacji do mistrzostw świata. Jak się teraz czujesz?
„Naprawdę nie potrafię znaleźć słów. To takie surrealistyczne uczucie. Ulga po zakończeniu meczu, świadomość, że nam się udało. Jedziemy na mistrzostwa świata. Jestem teraz w siódmym niebie. To niesamowite uczucie”.
Do przerwy wynik pozostawał 0:0. Czy w szatni panowała atmosfera niepokoju lub zdenerwowania przed drugą połową, czy też wiedział Pan, że uda się Państwu zakwalifikować?
„W pierwszej połowie były tylko chwile frustracji, ponieważ przeciwnicy robili wszystko, aby grać na czas. Nie mogliśmy nic na to poradzić, musieliśmy po prostu skoncentrować się na naszej pracy, co moim zdaniem zrobiliśmy bardzo dobrze. W pierwszej części meczu stworzyliśmy kilka okazji. Wiedzieliśmy, że jeśli będziemy grać tak samo w drugiej połowie, to pojawi się jeszcze więcej okazji. Na szczęście tak się stało i wykorzystaliśmy je najlepiej, jak potrafiliśmy”.
Czy po trzecim golu zdałeś sobie sprawę, że udało się osiągnąć cel? Jak przeżyłeś drugą połowę?
„Być może po trzecim golu w końcu się zrelaksowałem. Do tego momentu myślałem tylko o tym, żeby dać z siebie wszystko do samego końca. W piłce nożnej nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć. W końcu padła trzecia bramka Stopiry, który ma za sobą fantastyczną historię: przerwał emeryturę piłkarską, aby dołączyć do nas w tych kwalifikacjach do mistrzostw świata. Był na boisku tylko przez kilka minut i był niesamowity, naprawdę niesamowity. Kiedy wszedł na boisko, wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko celu, pozostało tylko doprowadzić mecz do końca”.
Byłeś jeszcze chłopcem, kiedy Irlandia zakwalifikowała się do mistrzostw świata w 2002 roku. Co oznacza dla 500 000 mieszkańców Wysp Zielonego Przylądka spełnienie tego marzenia?
„To fantastyczne, zawsze było to marzeniem ludzi. Myślę, że odkąd zaangażowałem się w ten projekt, marzenie to było coraz bardziej podsycane z biegiem czasu, mieliśmy poczucie, że możemy to osiągnąć. Umożliwienie mieszkańcom Wysp Zielonego Przylądka kibicowania reprezentacji swojego kraju podczas największej imprezy sportowej na świecie jest z pewnością najważniejszym osiągnięciem w mojej karierze piłkarskiej. To sprawia, że czuję ogromną dumę. Tworzenie historii razem z tą grupą to fantastyczne uczucie. Osiągnęliśmy wspaniały wynik, a wiecie, co jest w tym najlepsze? Zasłużyliśmy na to, byliśmy w naprawdę trudnej grupie i wyszliśmy z niej zwycięsko dzięki naszym zasługom. To zaszczytny wynik i powinniśmy być z niego dumni”.

Co się stało po końcowym gwizdku? Jak wyglądały świętowania na boisku, w szatni i po powrocie do hotelu?
„To była nieustanna impreza: wybuchy radości po zakończeniu meczu, ogromna ulga, że nam się udało… To było niesamowite. Czuję ogromną radość, że mogę świętować z naszymi kibicami, rodziną i przyjaciółmi. Tak, na boisku było fantastycznie, świetnie się bawiliśmy również w szatni, kiedy byliśmy tylko my, a w drodze powrotnej wspaniale było widzieć ludzi świętujących na ulicach przed autobusem. Nie potrafię znaleźć słów, które oddałyby to uczucie. Mam nadzieję, że wkrótce zobaczycie filmy, bo to było po prostu fantastyczne”.
Osiągnięcie tego celu na oczach swojego ojca na stadionie było zapewne czymś wyjątkowym. Jak bardzo jest dziś z ciebie dumny?
„Tak, to było naprawdę wyjątkowe, że był tam ze mną. Podjął się bardzo długiej podróży, co dało mi dodatkową motywację, aby spróbować osiągnąć ten wynik. Mam nadzieję, że jest bardzo dumny z tego, co osiągnęliśmy. To dzięki niemu gram w reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka: reprezentowanie go, reprezentowanie mojej rodziny na tym poziomie, a teraz na największej scenie piłkarskiej, jest po prostu fantastyczne”.
Jego pierwsze powołanie do reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka nastąpiło w dość szczególny sposób, poprzez wiadomość na LinkedIn, której początkowo nie zwrócił zbytniej uwagi, prawda?
„Tak. Ta historia stała się ostatnio dość znana. Wszystko zaczęło się w 2018 roku, kiedy przez dziewięć miesięcy ignorowałem wiadomość od trenera Rui Aguas, ponieważ nie rozumiałem portugalskiego. Na szczęście napisał do mnie ponownie po angielsku i zrobiłem to, co powinienem był zrobić za pierwszym razem, czyli przetłumaczyłem pierwszą wiadomość. Bardzo przeprosiłem i na szczęście odpowiedzieli mi i przyjęli mnie, teraz jestem częścią historii tego kraju. To niesamowite, że w wieku 33 lat jadę na mistrzostwa świata, chociaż podczas turnieju skończę 34 lata. Nadal nie potrafię znaleźć słów. Jestem prawdopodobnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie”.
Czuje się tak z jeszcze jednego, bardzo szczególnego powodu…
„Zabawne w tym tygodniu jest to, że piłka nożna była ostatnią rzeczą, o której myślałem, i mówię to naprawdę szczerze. Moja żona i ja spodziewamy się naszego pierwszego dziecka. Może urodzić się w każdej chwili. Cieszyłem się z uroczystości po meczu, ale naprawdę nie mogłem się doczekać powrotu do domu, aby być obecnym przy porodzie. Nie mogę się doczekać świętowania z przyjaciółmi i rodziną”.
