Były piłkarz Bologna, Atletico Madrid i Parma wspomina karierę podzieloną między talent a „rozproszenie uwagi”: „Podczas wypożyczenia do Marsylii powiedziałem, że jestem wykończony, ale pojechałem do Saint Tropez. Marzyłem o spalonym Arrigo”

W napisach końcowych można przeczytać całą jego historię. Stefano Torrisi przestał grać „w wieku 37 lat, w moim domu, w Ribelle di Castiglione di Ravenna, Prima Categoria. Spotkanie w wiosce, rozmowa o wynagrodzeniu, pizzaiolo mówi do mnie: „Jeśli będziesz grał z nami, zapłacę ci czterdziestoma pizzami”. „Dobra oferta – odpowiadam – pod dwoma warunkami: dwie opaski na kostki na każdy mecz i gram tylko w meczach u siebie, na wyjeździe słyszę zbyt wiele obelg i tracę zapał”. Jako środkowy napastnik strzelam dziewięć bramek i wygrywamy mistrzostwa. Nadal muszę odebrać zapłatę, brakuje mi około dwudziestu pizz”.

Buntownik: jak wyglądała cała twoja kariera?

„Nie do końca buntownik: raczej nonkonformista. Bycie piłkarzem, miałem już 12 lat, było chyba jedyną decyzją, która została mi narzucona. Byłem obiecującym tenisistą, ale w tamtych czasach tenis był trochę jak golf, sportem elitarnym: trzeba było mieć środki finansowe, aby podróżować po świecie, ale mój tata był mechanikiem, a mama gospodynią domową, więc zgodziłem się na Russi i w wieku 15 lat grałem już w drużynie do lat 19”.

W wieku 22 lat wybrał go Milan.

„W Modenie i Rawennie miałem już trzech trenerów – Ulivieriego, Delneriego i Guidolina – którzy ze względu na mój styl gry byli lepszymi trenerami nawet od Sacchiego. Z Milanem Capello rozegrałem tylko jedną trasę, sześć meczów, ale byli tam tacy ludzie jak Baresi, Costacurta, Maldini: zdaję sobie sprawę, że nie zagrałbym nawet minuty, proszę o możliwość gry”.

Jednak kiedy gra przeciwko Milanowi, zawsze mu to doskwiera.

„Gol kolanem z Regginą; 16. rzut karny, decydujący, w ćwierćfinale Pucharu Włoch w 1995 roku; Superpuchar Włoch z Parmą w 1999 roku”.

Ponad czterdzieści lat temu był utalentowanym tenisistą, a dziś jest jednym z najlepszych graczy w padla.

„Ale w padla nigdy nie wygrałem meczu z zawałem serca. Sierpień 2024 r., turniej tenisowy w Milano Marittima. Podczas gry czuję silny ból w żołądku, a potem jakby miecz wbity w lewe ramię, ale nie przestaję grać: są sygnały alarmowe, których nie chcesz słyszeć, robisz wszystko, aby myśleć, że to nie jest to, o czym myślisz. Nie wyobrażasz sobie obelg ze strony kierowników oddziału kardiologii w Rawennie: „Ryzykował pan niedokrwienie, wie pan o tym?”. „Ale wygrałem 6-2, 6-1”. Ten zawał serca był wspaniałym doświadczeniem.

W jakim sensie?

„Być może po raz pierwszy nadałem priorytet temu, co naprawdę się liczy: ludziom, którzy mnie kochają, radości z ich bliskości. Spojrzałem wstecz: na popełnione błędy, na wybory, których mogłem dokonać. Ale z dużym spokojem, wspominając swoją karierę: piłkarza, ale także człowieka, który chciał przeżyć swoje 20, 25, a nawet 30 lat”.

Niekonwencjonalny, właśnie.

„Byłem jednym z pierwszych, którzy założyli kolczyk, tak bardzo tego chciałem, że aby mieć pretekst, złożyłem ślubowanie; tatuaż zrobił mi Michele Padovano w Reggio Emilia; rozjaśniłem włosy, aby naśladować Vialliego, który rozjaśnił włosy na mistrzostwo Sampdorie; zrobiłem sobie irokeza, nawet kolorowego”.

A paznokcie u stóp pomalowane na czerwono i niebiesko, kiedy grał w Bolonii.

„Latem po zajęciu siódmego miejsca: na plaży w Milano Marittima było pełno mieszkańców Bolonii i rozeszła się plotka. Ale proszę spojrzeć, nadal je noszę, mając prawie 55 lat, zeszłego lata były czarne. Jest ku temu powód: my, piłkarze, mamy obrzydliwe paznokcie i tak jak kobiety są oceniane za tyłek, tak nas ocenia się za stopy. To kwestia przyzwoitości”.

A kiedy chodził w kilcie?

„Albo w piżamie w dyskotece: spałem do północy, wchodziłem tylnym wejściem do Pinety, rozmawiałem z Bobo Vieri i przyjaciółmi, a potem wracałem do łóżka. To było kultowe miejsce dla kariery wielu osób i tam poznałem moją byłą żonę, z którą mam dwoje dzieci i z którą otworzyłem sklep odzieżowy w Pradze”.

W separacji?

„Od dwóch lat w trakcie separacji. To doświadczenie życiowe: religia katolicka uczy, że trzeba się żenić, ale nie uczy, jak się rozstać”.

Z Bobo Vieri grał również w Atletico Madryt.

„To właśnie tam, dzięki 24 bramkom w 24 meczach, Christian stał się Bobo Vieri. Ja też tam przyjeżdżam, ponieważ chce mnie Arrigo Sacchi. Mieszkamy razem w jego mieszkaniu, które wcześniej należało do Esnaidera, ale trwa to tylko miesiąc. Po zgrupowaniu jesteśmy w Milano Marittima, czekają na nas ponownie w Madrycie na mecz towarzyski Atletico-Lazio, ale autostrada jest zakorkowana, tracimy samolot z Wenecji i przylatujemy z jednodniowym opóźnieniem. Sacchi wysyła nas na trybuny, gdzie kierownictwo Lazio ostatecznie oblega Bobo: on chciał zostać, przekonali go tego wieczoru”.

Skomplikowane relacje z Sacchim, co?

„Dobrze mi szło w Bolonii, a on, aby uzyskać informacje, dzwoni do Ulivieriego, który gryząc się w język, komplementuje mnie. Ale kiedy dzwoni do mnie, mówię Arrigo: „Panie trenerze, jeśli chce pan dobrego gracza, to jestem do dyspozycji, ale chcę się też dobrze bawić: w razie czego proszę oceniać mnie na boisku, a nie za to, co robię poza nim”. Po dwudziestu minutach dzwoni do mnie Renzaccio: tak bardzo wymawia zdanie „Jesteś kretynem”, że zajmuje mu to dwadzieścia sekund. „Teraz oddzwonisz, powiesz, że cieszysz się, że jedziesz i będziesz grzeczny”. Media społecznościowe jeszcze nie zmieniły wszystkiego: wtedy im mniej się pokazywałeś, tym lepiej, dziś jest odwrotnie”.

W połowie sezonu w Hiszpanii robi wszystko, aby wrócić do Bolonii.

„Po pierwszej rundzie byłem wyczerpany: tempo treningów było nie do zniesienia, Sacchi zmienił mi cztery pozycje, nie spałem w nocy, ponieważ śniły mi się sytuacje spalonego. A potem magazyn „Hola!” mnie przyłapał, znalazłem się na okładce z hiszpańską gwiazdą i Arrigo wybuchnął. „Mister, do tej pory byłem grzeczny, ale to było zbyt piękne: nie mogłem się oprzeć”. A on: „Ale jak ty mówisz, nie chodziłeś na lekcje hiszpańskiego?”. „Szkoły wieczorowe, tam się lepiej uczy”.

Po Atletico przyszedł czas na Parmę. Radość: jedyne trofeum, które zdobył w swojej karierze.

„Byłem uprzywilejowany niezależnie od wszystkiego. Już w tamtych czasach Malesani, który później z nieznanych mi powodów został „naznaczony” negatywnym wizerunkiem, uczył futbolu, który dziś grają wszyscy. A ja grałem przed Buffonem, z Thuramem i Cannavaro u boku: mogłem wychodzić wieczorem, ważne było tylko, żeby oni nie wychodzili. W tamtych czasach zgłosiła się również Juve, Massimo Brambati, który pracował dla Moggiego, poprosił mnie o spotkanie: wziąłby mnie, gdybym dał pełnomocnictwo jego synowi Alessandro, ale mi odpowiadała współpraca z Giovannim Branchinim i nie podobały mi się pewne dynamiki”.

Plamka: sprawa nandrolonu.

„Być może jedyna smutna strona mojej kariery: pięć miesięcy zawieszenia i 50 milionów kary, znalazłem się przyparty do muru i bezbronny. Podano nam coś, być może substancję zawartą w suplementach: ja, Davids, Couto, Guardiola, w sumie ponad dwudziestu graczy, zbyt wielu, żeby był to przypadek. Z uśmiechem wspominam tylko człowieczeństwo prokuratora, który mnie oskarżał, Aiello: dla niego ważne było zrozumienie, w jaki sposób podano nam ten nandrolon”.

Najlepszy zawodnik, z którym grałem? Łatwo byłoby powiedzieć, że Baggio, ale dla mnie liczy się przede wszystkim to, co wygrywasz: Cannavaro zdobył Złotą Piłkę, ale także mistrzostwo świata”.

Davide Torrisi

Sześć miesięcy w Marsylii?

„Właściwie to dwa miesiące, bo potem „uciekam”. Wymyśliłem, że muszę usunąć śruby z kolana we Włoszech, a Sacchiemu, który mnie wypożyczył, powiedziałem, że trener mnie nie widzi. Od marca spędziłem cztery miesiące na wakacjach w Saint Tropez: miałem tam wielu przyjaciół…”.

Z Regginą było lepiej.

„Rozmawiamy o tym ja, Sacchi i Foti w jednym pokoju, Arrigo świętuje mnie jakbym był fenomenem. Mówię mu: „Dyrektorze, może pan wyjść na chwilę?”. Patrzę na Foti: „Gdyby to wszystko była prawda, byłbym podstawowym graczem w Parmie: on chce tylko, żebym mu nie przeszkadzał”. Tak z Lillo nawiązuje się świetna relacja i ratujemy się przez dwa lata. Ale w sercu miałem Bolonię”.

Trezeguet grał z pierwszej piłki, bez dryblingu, ale z tym „sprężystym” ruchem. Najtrudniejszy był jednak Pippo Inzaghi: w naszych czasach czasami nie odgwizdywano spalonego”

Stefano Torrisi

Wraca tam i spotyka Mazzone.

„Być może największy motywator, jakiego miałem, ufał i wydobywał to, co najlepsze z dojrzałych graczy: mnie, Petruzziego, Marocchiego, Fontolana, Signoriego. Mówiono mu o mnie źle, a on mi o tym powiedział, potem przyznał, że zmienił zdanie”.

Najsilniejszy, z którym grałeś?

„Najłatwiej byłoby powiedzieć Baggio, ale dla mnie liczy się przede wszystkim to, co wygrywasz: Cannavaro zdobył Złotą Piłkę, ale także mistrzostwo świata”.

Najbardziej „szalony”?

„Miałem raczej kolegów do wspólnych zabaw. Ja, Bosi, Doni, Olivares i Scapolo w Bolonii: jako chłopcy nie byliśmy brzydcy, bogaci i sławni, życie w tym mieście było marzeniem”.

W takim razie powiedzmy, że największym szaleństwem?

„Kiedyś przesadziliśmy z masażystą, Balbino Spadonim: rozebraliśmy go do naga i przywiązaliśmy do słupa na boisku w Sestola”. .

Najtrudniejszy do krycia?

„Trezeguet: grał tylko z pierwszej piłki, bez dryblingu, ale miał ten swój „sprężynowy” ruch. Jednak najtrudniejszy do krycia był Pippo Inzaghi: w naszych czasach czasami nie odgwizdywano spalonego”.

Reprezentacja narodowa była marzeniem jednej nocy.

„Cztery powołania od Cesare Maldiniego, który miał mnie w reprezentacji do lat 21, i jeden występ w turnieju przedmistrzostwowym w Paryżu w 1997 roku: to było marzenie, które się spełniło. Dla mnie nigdy nie była ważna ciągłość, ale osiągnięcie celów. I miałem karierę, która była moim przeznaczeniem”.

Ale biorąc pod uwagę sposób, w jaki grał, czy Torrisi nadawałby się dzisiaj do reprezentacji?

„W dzisiejszej piłce nożnej myślę, że tak. Zaczynałem jako lewy pomocnik, ale Ciapina Ferrario w Modenie zmienił mnie w obrońcę, ponieważ kiedy strzelałem gole w meczach, nie chciałem przegrywać i biegłem do tyłu, aby bronić. Z Ulivierim jako stopperem stałem się środkowym obrońcą: nazywali mnie nowym Baresim, ale moim wzorem był Fernando Hierro. Technicznie byłem podobny do Bonucciego: oburęczny, nie bałem się mieć piłki przy nodze, miałem dobre wyczucie gry, byłem słabszy w grze głową, ale szybszy w przestrzeni. A raczej: jak dzisiejsi piłkarze poradziliby sobie w piłce nożnej z przeszłości, z zasadami i „laskami” z przeszłości? Dzisiaj Ronaldo Fenomeno nadal strzelałby trzy gole na mecz, podpisuję się pod tym. 

Ma pan licencję UEFA na trenowanie: pomysł upadł?

„Właściwie nigdy nie powstała. To zbyt wyczerpujące, trzeba by zrezygnować z zbyt wielu rzeczy, a Coverciano produkuje zbyt wielu trenerów: 10% trenuje dzięki swoim zasługom, 40% dzięki nazwisku, a 50% dlatego, że jest częścią „systemu”. A ja, bo inaczej nie byłbym nonkonformistą, nie mam sponsorów…”.

Leave a Reply