Jest jedynym Włochem, który wygrał trzy turnieje w tym sezonie: „Marzę o pierwszej dwudziestce. Mój brat też gra w tenisa i może liczyć na moje doświadczenie”.
Jest jedynym Włochem, który wygrał trzy turnieje w tym roku i jest jednym z wielu bohaterów Włoch, które co tydzień dostarczają nam tenisowych emocji. Luciano Darderi poświęcił swoje życie tenisowi. Wraz z ojcem, wybuchowym Gino, i młodszym bratem Vito, poniósł wiele poświęceń. Kiedy przybył do Włoch z Argentyny, miał 14 lat i grał w Serie C: „Wszyscy mi pomagali, wiele osób udzieliło mi gościny, mam przyjaciół, którym wiele zawdzięczam i którzy zawsze pozostaną w moim życiu”. Poświęcenie opłaciło się powrotem do pierwszej czterdziestki, o krok od najlepszego rankingu 32. miejsca na świecie, a przede wszystkim od rozstawienia w Nowym Jorku. Ostatni sukces w Umago, w finale przeciwko Hiszpanowi Tabernerowi, pozostawił mu kontuzję kostki, ale nic nie powstrzyma tego chłopca z 2002 roku, który ma coraz większą wiarę w swoją grę i przyszłość.
Luciano, kontuzja podczas świętowania zwycięstwa to niezły rekord, jak się czujesz?
„Rzeczywiście… Pod koniec meczu skręciłem kostkę. Nie mogę grać w Toronto, ale to nic poważnego i mam nadzieję, że wkrótce zacznę przygotowania do turniejów na twardej nawierzchni”.
To twój trzeci tytuł w sezonie, pierwszy wśród Włochów. Spodziewałeś się tego na początku roku?
„Szczerze mówiąc, nie. Po zwycięstwie w Marrakeszu zdałem sobie sprawę, że mam poziom pozwalający mi wygrywać turnieje, ale dwa tygodnie w Bastadzie i Umagu, gdzie zdobyłem dwa tytuły z rzędu, były naprawdę wyjątkowe. Z każdym meczem nabierałem pewności siebie”.
W czym uważasz, że poprawiłeś się najbardziej w ostatnich latach?
„Powiedziałbym, że we wszystkim. Zarówno fizycznie, jak i technicznie, ale przede wszystkim mentalnie. Granie przez dwa tygodnie z rzędu na kortach ziemnych i utrzymanie koncentracji to nie lada wyzwanie. Teraz lepiej zarządzam energią, ale tego się uczy się z doświadczeniem”.

Cegła, jak pokazują cztery tytuły w karierze, jest jego ulubioną nawierzchnią. Kolejnym sprawdzianem będzie beton. Jakie są jego oczekiwania?
„Myślę, że mam spore szanse, aby dobrze sobie tutaj poradzić. W zeszłym roku miałem problemy zdrowotne podczas sezonu amerykańskiego i nie udało mi się osiągnąć dobrych wyników, ale teraz czuję się lepiej. Jeśli kostka będzie w porządku, spróbuję. Cement jest inny, ale mogę się rozwijać”.
Jak powiedział Pan wcześniej, do końca sezonu ma Pan niewiele punktów do obrony, a najlepszy ranking jest na wyciągnięcie ręki: czy miejsce w pierwszej dwudziestce jest realistycznym celem?
„Tak, absolutnie. Bardzo chciałbym to osiągnąć i pracuję nad tym, zostało niewiele i chcę nacisnąć na pedał gazu”.

W trasie jest bardzo liczna grupa włoskich zawodników. Jakie są nastroje w zespole?
„Wspaniałe. Dorastaliśmy razem, wszyscy jesteśmy młodzi, dobrze się znamy. W Londynie wszyscy chodziliśmy razem na kolację do włoskiej restauracji Macellaio, która była naszą siedzibą. Ważne jest, aby mieć takie wsparcie również poza kortem”.
Sinner był ostatnim Włochem, który wygrał turniej w Umago. Czy posiadanie numeru 1 „w domu” motywuje was do rozwoju?
„Oczywiście, jest on dla nas wszystkich wielkim przykładem i punktem odniesienia. To, co zrobił na Wimbledonie, wygrywając tytuł po przegranej w finale w Paryżu, jest niesamowite. Natychmiastowy powrót w tak dobrej formie w kolejnym meczu z Alcarazem oznacza tylko jedno: że mentalnie jest najlepszy na świecie”.
Jego ojciec jest również jego trenerem, a brat Vito jest obiecującym tenisistą. Jak wygląda dzielenie pracy i rodziny?
„To fajne. Przed nami jeszcze długa droga, ale cztery tytuły w ciągu trzech lat to dobry początek. Kochamy ten sport, ciężko pracujemy, a dla mojego brata ważne jest, że może liczyć na moje doświadczenie na korcie. Dla mnie, podobnie jak dla mojego ojca, wszystko było nowe. To dzięki niemu jestem dzisiaj tutaj. Czasami się kłócimy, mamy wybuchowe charaktery, ale naszym celem zawsze było zostać zawodowymi tenisistami i to nam się udaje”.

Czy to prawda, że omal nie zginął w wypadku samochodowym?
„Tak, raz jechaliśmy samochodem z Marcello Macchione, po meczu w Rimini, aby wziąć udział w kolejnym turnieju. Ryzykowaliśmy życie na górskiej drodze, ponieważ samochód próbował nas wyprzedzić, a pod nami była przepaść. Pasażerowie samochodu za nami zginęli, ale to nie była nasza pora. Jednak przeżycie tak wielkiego strachu sprawia, że bardziej doceniasz wszystko”.
Jest Pan Argentyńczykiem i Włochem. Co z obu kultur zabrał Pan ze sobą, zarówno na boisko, jak i poza nim?
„W życiu na pewno włoskie jedzenie, a na boisku argentyńską „garra”, czyli chęć walki do końca. Kiedy byłem mały, bardzo się denerwowałem, gdy coś nie szło dobrze podczas meczu, teraz jestem bardziej dojrzały i spokojniejszy”.
Wiemy, że jest Pan kibicem Napoli. To zasługa Maradony?
„Oczywiście, Diego łączy wszystkich. Neapol to mój dom”.
Ale nie wytatuowałeś sobie numeru 10, prawda?
„Nie, na ramieniu mam wytatuowaną moją babcię, Elisę. Nie ma jej już z nami, ale zawsze o niej myślę. Kiedy gram, patrzę na ten tatuaż i czuję się blisko niej. Wszystko, co miała, swoją emeryturę, oszczędności, przeznaczyła na moją karierę, abym został tenisistą. Podarowała mi pierwszą rakietę i za każdym razem, gdy wygrywam, wysyłam jej buziaka w niebo”.
