Były bramkarz: „Niepojechanie na Euro 2012 to jak cios nożem. Moje największe żale? Odejście z klubu Nerazzurri w ostatnim roku Julio Cesara”.
Status WhatsApp jako stan duszy. Emiliano Viviano kiedyś w zielonej aplikacji napisał „zapalona, zgniła, brzydka suka”, dziś umieszcza symbol nieskończoności i rybę kulę: „Jestem przepełniony miłością do mojej partnerki”.
Jaka to ewolucja?
„Jako piłkarz, aby podtrzymać płomień, zawsze miałem w sobie ten rodzaj gniewu. Dzisiaj jestem spokojniejszy, nauczyłem się być takim, myśląc również o tej stronie charakteru, zerowej dyplomacji, która nawet jeśli miałem rację, prowadziła mnie do błędu. I wpłynęła na moją karierę”.
Nie tylko to było przyczyną.
„Zrobiłem wiele głupot, a potem opowiadam o nich, ale nigdy nie uważałem za błąd mówienia tego, co myślę. Są tacy, którzy nie grali w sześciu różnych drużynach i co roku znajdowali kolejną, ale Viviano zawsze był tym, który się kłócił i za dużo mówił, a nie tym, który oddałby za kolegę rękę lub nogę. Włoska piłka nożna jest jak wielki blok mieszkalny, plotki się mnożą i niszczą cię: spójrzcie na De Zerbi”.
Co ma z tym wspólnego De Zerbi?
„We Włoszech nie trenował jeszcze na wysokim poziomie, ponieważ ludzie dają się wpływać wizerunkowi, jaki Roberto stwarza o sobie. Wywyższają fałszywych lub tchórzliwych, a jego, który zawsze mówi prawdę, ale zawsze okazuje szacunek, nazywają zarozumiałym. Albo nie szukają go, bo boją się, że nie będą potrafili nim zarządzać. Ale czy czynnik ludzki, to, kim naprawdę jest, nie ma żadnego znaczenia? Liczy się tylko to, jak zarządzać komunikacją zewnętrzną?”.
Z sędziami? Niektórym z nich opowiadałem nawet bzdury z filmu „Amici miei”, bo i tak nic nie rozumieli
Wydaje się, że nie radził sobie z tym.
„W rzeczywistości miałem wspaniałe relacje z trenerami, z którymi dzięki dobrej chemii nie musiałem nawet nic mówić: Cosmi, Zenga, Mihajlovic. Sinisa i ja dwa lub trzy razy powiedzieliśmy sobie wszystko, ale trwało to trzydzieści sekund, dla niego zrobiłbym wszystko. Opowiem ci coś: pewnego ranka, kiedy prawie nie spałem, wszedłem do jego szatni, a on był zupełnie nagi i powiedziałem mu: „Panie trenerze, spóźniłem się, lepiej niech mnie pan dzisiaj nie trenuje”. A on odpowiedział trzema słowami: „Idź do domu”. Następnego dnia zadzwonił do mnie: „Wiesz, że gdybyś wczoraj znalazł wymówkę, nie zobaczyłbyś boiska do końca sezonu?”.
A jak było z sędziami?
„Z tymi najsurowszymi – świetnie. Za „Jesteś do bani” w ostatnim roku w B dostałem czerwoną kartkę, z Pairetto przesadziłem jak zwierzę, a on udawał, że nic się nie stało. Niektórym nawet robiłem supercazzola z „Amici miei”, bo i tak nie rozumieli…”.
Zanim został bramkarzem, był napastnikiem.
„A jednocześnie do 12 roku życia byłem kolarzem: miałem przed sobą przyszłość, ale było to zbyt męczące. Nigdy nie znosiłem treningów cardio: wolałem 1500 skoków i cztery godziny na siłowni niż cardio. Zawsze trenowałem na 20%, może nawet mniej: miałem taką przewagę fizyczną, że mogłem sobie na to pozwolić, wszystko przychodziło mi łatwo, ale na dłuższą metę płacisz za to cenę”.
A jak było z Zemanem?
„Pewnego dnia spojrzał na mnie dziwnie: „Dlaczego nie biegasz?”. „Panie trenerze, zostałem bramkarzem, żeby nie biegać”. „Więc nie biegaj”. Inna kategoria: pewnego dnia widzi mnie palącego w ukryciu za autobusem: „Co robisz, chowasz się?”. „Nie, trenerze, ale nie jest dobrze, gdy widać, że piłkarz pali”. „Pamiętaj, że tylko złodzieje się chowają”.
W Brescii trenował z Baggio.
„Jestem florenckim, urodziłem się w połowie lat 80., dla nas on był religią”.
A co dla ciebie oznaczało granie we Fiorentinie tylko przez jeden sezon, spełnienie połowicznego marzenia?
„Nie, posłuchaj: jeśli jesteś zagorzałym kibicem drużyny, jeśli darzysz ją bezwarunkową miłością, nie ma żadnych „ale”, czas nie ma znaczenia. Kiedy Fiorentina mnie zaprosiła, nawet gdyby zadzwoniły do mnie jednocześnie Real Madryt i Manchester United, i tak poszedłbym do Fiorentiny. To było marzenie mojego życia, a dla marzeń nie ma „za mało” ani „za dużo”. Jest marzenie i tyle”.
Mówił o Baggio…
„Wyobraź sobie, kiedy podczas pierwszego treningu z drużyną Primavera zobaczyłem go wchodzącego do naszej szatni, aby się przedstawić. Usiadł z nami, zapytał, jak nam idzie, a kiedy usłyszał mój akcent, zapytał: „Jesteś z Florencji?”. Jego oczy zabłysły. Wiele osób z mojej okolicy mówiło mi: „Jeśli go zobaczysz, pozdrów Baggio”. Myślałem, że to zwykła frazes, ale tak naprawdę byli to ludzie, z którymi Robi chodził na polowania”.
Inter to jedyna rzecz, której naprawdę żałuję. Nigdy nie grałem, ponieważ zrobiłem wszystko, aby odejść, wbrew woli klubu”.
Był też Guardiola.
„Miałem 17 lat i pod koniec treningu zapytał mnie: „Może trochę potrenujemy strzały na bramkę?”. Człowiek o nieskończonej inteligencji i wrażliwości: jeśli dzisiaj powiesz mu, że twoja córka złamała kostkę, to za dwa lata, kiedy cię spotka, zapyta cię, jak się czuje twoja córka”.
Miał pan koszulkę Arsenalu, Sportingu i Interu, nie grając ani minuty: czy los coś panu odebrał?
„W Arsenalu był Wenger: spodziewałem się rewolucjonisty, a okazał się zwykłym trenerem, ale nie grałem, ponieważ Szczesny miał niesamowity sezon, a był też Fabianski. W Sporting było to kwestią polityczną: chciał mnie prezes Bruno de Carvalho, ale ci, którzy przyszli na jego miejsce, wypowiedzieli mi wojnę. Trzy miliony za transfer i ani jednego meczu towarzyskiego, tylko ławka rezerwowych. Mihajlovic nawet nie zaczął, inni trenerzy przychodzili i pytali mnie: „Dlaczego nie grasz?”. „Skąd mam wiedzieć?”. Wyjaśnił mi to czwarty, Marcel Keizer: „Jest rozkaz, żeby cię nie powoływać”.

A Inter?
„W swojej karierze podjąłem kilka decyzji pod wpływem impulsu i to jest jedyna rzecz, której naprawdę żałuję. Nigdy nie grałem, ponieważ zrobiłem wszystko, aby odejść, wbrew woli klubu: Julio Cesar był w ostatnim roku kontraktu, klub szukał kogoś nowego i mówili mi o tym, ale ja im nie wierzyłem. Jedna z tych bzdur, o których wspomniałem wcześniej”.
Wcześniej, kiedy był współwłaścicielem Bologna, Mourinho miał na niego oko.
„Z pewnością zrobił to podczas dość delikatnego meczu Bologna-Inter i zrobił to po swojemu: stał za moją bramką przez całą rozgrzewkę. Był to jego sposób, aby powiedzieć mi „mam cię na oku”, aby zrozumieć, jak reaguję pod presją. Ale także sprytny sposób, aby wywrzeć na mnie presję w tym meczu”.
Inter powrócił do jego życia siedem lat po rozstaniu, po doświadczeniu w Sporting.
„Handanovic doznał kontuzji, przeszedłem badania lekarskie i trening, a potem zostałem zamknięty w hotelu i czekałem na próżno. Nigdy nie wyjaśniono mi, co naprawdę się stało: niektórzy mówili, że to decyzja Handanovica, inni, że Conte, faktem jest, że zadzwonił do mnie Piero Ausilio: „Vivio, nie będzie”. I tyle”.
Amen również za to, że rozegrałeś tylko sześć meczów w reprezentacji?
Był Buffon, człowiek, który, nawiasem mówiąc, powinien być oklaskiwany na wszystkich włoskich stadionach, a zamiast tego nie wszędzie spotykał się z należnym mu szacunkiem. Jako jego zastępca nie mogłem grać więcej, ale po tych dwóch latach powinienem był być bardziej obecny: nie stało się tak z mojej winy”.

Jeśli chodzi o winę, to to samo mógłby powiedzieć ktoś, kto grał z tobą w reprezentacji…
„Proszę zauważyć, że Mario Balotelli jest chłopakiem o wielkich wartościach, który w szatniach, w których przebywał, nigdy nie sprawiał żadnych problemów, chyba że sobie samemu. Jesteśmy przyjaciółmi, ponieważ on mi ufa. Jeśli powiem mu coś, w 99% przypadków mnie słucha. Tak jak wtedy, gdy miał iść na konferencję prasową reprezentacji i nie było sposobu, żeby go przekonać. Próbowali Gigi Riva, Mauro Vladovich, Buffon, Cassano, Prandelli… Nic. Powiedziałem mu: „Mario, chodźmy zapalić papierosa, daj spokój. Musisz przemówić”. „Nie, Vivio: oni wykorzystują moje życie prywatne”. „A ty wiesz, jak odpowiedzieć”. Mario zawsze uważał mnie za szaleńca, ale w pozytywnym sensie. Powiedział sobie: „Jeśli on, który jest szalony, mówi mi, żebym to zrobił, to może naprawdę powinienem”. I poszedł porozmawiać”.
Niepojechanie na Euro 2012 było dla niego ciężkim ciosem, prawda?
„Cios nożem od Prandellego: te sześć meczów to wszystkie mecze z poprzednich dwóch lat, więc część z nich rozegrał Buffon, część ja, a reszta, która pojechała na Euro, nie zagrała żadnego. Ja grałem w Palermo, Sirigu w PSG, De Sanctis w Neapolu: łatwiej było zostawić mnie w domu. To była decyzja polityczna i oczywiście powiedziałem to Prandelliemu”.
Byłeś bramkarzem w nocy, kiedy Włochy grały z Serbią w Genui, w szaleństwie Iwana Groźnego.
„Dostałem dymówką w łydkę, ale prawie tego nie zauważyłem. Poszedłem do sędziego nie dlatego, że się bałem, wychowałem się na trybunach, ale dlatego, że obawiałem się, że coś, co dzieje się na zewnątrz, odwróci moją uwagę. Powiedziałem mu: „Niech ich prześlą na tę stronę”.

Tego dnia na boisku był również Pirlo, który później został jego trenerem w Turcji, w Fatih Karagümrük.
„Trener z niesamowitymi pomysłami, może nawet zbyt wielkimi jak na sytuacje, w których znalazł się po odejściu z Juve: ma wysokie wymagania wobec piłkarzy o określonej jakości. Nadal uważam, że może zrobić świetną karierę na ławce trenerskiej, ale zależy to również od jego ambicji: w tej chwili przeszedł od bardzo niewygodnych wyborów – właśnie Turcja – do innych, nieco wygodniejszych”.
Najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłeś jako piłkarz?
„Ja, Di Vaio i Portanova na ósmym piętrze siedziby Unipol, aby zrozumieć, jak zbilansować rachunki i uratować Bolonię. Potem musimy jechać do Parmy – wyruszamy tego samego dnia, bo nie ma pieniędzy na wyjazd – a przed meczem Malesani mówi nam: „Chłopaki, rozegramy ten mecz i pożegnamy się: zbankrutowaliśmy”. Zamiast tego wchodzę na rozgrzewkę i widzę naszych kibiców świętujących: „Jesteśmy bezpieczni, jesteśmy bezpieczni”. Znaleziono pieniądze. Na marginesie: piłka nożna jest coś winna Malesaniemu. W tym środowisku, jeśli nie idziesz na kompromisy, możesz mieć problemy, a on pod tym względem jest podobny do mnie: nie ma żadnych skrótów, żadnych kompromisów”.
Mieliśmy na myśli inny rodzaj szaleństwa…
„Ok. Nie zostałem powołany na mecz Everton-Arsenal i mam wolny wieczór. Około drugiej wychodzę zapalić papierosa i czytam SMS-a: „Fabianski źle się poczuł: o wpół do siódmej przyjedzie po ciebie samochód”. Wypiłem pół butelki wódki, idę do mojego przyjaciela, właściciela dyskoteki, i pokazuję mu wiadomość. Patrzy na mnie: „I co teraz?”. „Teraz przynieś mi więcej wódki”. Wracam do domu o świcie, biorę prysznic, a kiedy docieram do Liverpoolu, w szatni wielki Santi Cazorla mówi mi: „Cuchniesz alkoholem, obrzydzenie”. Jedyny raz w życiu miałem niemal atak paniki, nie widziałem nic i powtarzałem sobie: „Jeśli muszę wejść, to koniec mojej kariery”.
A wyrzuty sumienia?
„Wyrzucenie z boiska w Pekinie, Olimpiada 2008, ćwierćfinał Włochy-Belgia. Mirallas niechcący rzucił piłką, ale trafił mnie w oko i straciłem panowanie nad sobą, również dlatego, że niektórzy z jego kolegów nas obrażali. Wbrew duchowi olimpijskiemu nie wypadłem zbyt dobrze”.
Czy kiedykolwiek myślałeś o zostaniu trenerem?
„Tak: podoba mi się ta propozycja, fascynuje mnie komunikacja trenerów, a gra w czterech różnych krajach daje ogromną otwartość umysłu. Ale potem widzę Chivu, który w ciągu sześciu miesięcy postarzał się o dwadzieścia lat, mojego brata De Zerbi, który spędza 15 godzin dziennie, a może nawet więcej, z głową w pracy: tej pracy nie da się wykonywać na pół gwizdka i przypominam sobie, że pod koniec kariery nie mogłem już tego znieść. Ale myślę też, że mam 40 lat, więc kto wie: w przyszłości wszystko może się zdarzyć…”.
