Lele ponownie spotyka Portugalczyka podczas meczu Benfica-Napoli w Lidze Mistrzów: „Nazywa mnie Gabriele, tak jak moja mama. Jesteśmy przeciwnikami, ale nigdy wrogami”.
W ciągu pół wieku nie może być tylko piłka nożna: w życiu pomocnika (ale z klasą), jakim był Lele Oriali, 55 lat od debiutu, przeplatają się delikatnie uczucia, które wykraczają poza konwencje. Lizbona z Benfica-Napoli jest detonatorem, zawiera w sobie wibracje epoki, powracające wspomnienia i te dwa olśniewające lata spędzone w Interze z José Mourinho, które płoną teraz i na zawsze, ponieważ są spotkania, które pozostają wyjątkowe (one).
Spotkać się i powiedzieć sobie…?
„Uśmiechnąć się. Przytulić się. Wspominać. Są mecze, które nie są takie same jak inne: nigdy nie chciałbym grać tych z Interem; a te z Mourinho zawsze pozostawiają coś po sobie”.
Dla José nie jesteś Lele, ale Gabriele.
„Dwie osoby nazywają mnie Gabriele, moja mama i José. Nie wiem dlaczego, jemu się to podoba, a mi też. Dla wszystkich jestem Lele, przyjaźnie, poufnie lub nawet nie”.

Madryt, 12 maja 2010 r.
„Osiąga się jeden z najwyższych punktów w karierze, Liga Mistrzów jest marzeniem wszystkich. W tym roku Interowi udało się zdobyć potrójną koronę. Ale ja to wiedziałem…”.
Jakie ukryte moce posiadał, że przewidział triumf?
„Od kilku miesięcy w gazetach krążyły plotki o odejściu José. Łączyła nas niezwykła relacja, podobna do tej, jaką mam obecnie z Conte, ale pewne tematy pozostają tabu, to kwestia świętego szacunku, jaki należy się drugiej osobie. Pewnego wieczoru, nie naruszając poufności, rozmawialiśmy o tym”.
W praktyce wyznał ci to? „Nie, rozmawialiśmy o tym, co przeczytaliśmy, rzuciłem mu żartobliwie: „Wiesz, że jeśli odejdziesz, to mnie wyrzucą”, a on spokojnie, panując nad sytuacją, odpowiedział: „Gabriele, nie myśl o tym, co będzie, tutaj piszemy historię i nam się to uda”. Obietnica została dotrzymana”. Lizbona będzie pułapką…
„Fantastyczny stadion dla Benfiki i piekielny dla nas i każdego przeciwnika. On zawsze wie, co robić, aby stawić czoła trudnościom. Już sobie wyobrażam, jak po analizie naszej gry zastanawia się nad strategią”.
Nieuniknione pytanie: Mourinho i Conte, tak różni, a jednak podobni, z pragnieniem usłyszenia „szumu wrogów” i pokonania ich.

„Mówimy o mistrzach ławki trenerskiej. O trenerach, którzy potrafią nadać charakter swoim drużynom, aż do zdobycia ich duszy: dla Mourinho i Conte piłkarze rzuciliby się w ogień i nie jest to tylko powiedzenie. Świadczą o tym doświadczenia obu trenerów oraz opinie tych, którzy mieli okazję być przez nich prowadzeni. W trenerach tkwią silne wartości ludzkie. Są „ponad”, proszę mi wierzyć”.
Dominujące osobowości, które nie są łatwe do zaakceptowania.
„To mniej trudne, niż się wydaje. Charakter jest darem dla tych, którzy go posiadają, a zarówno Mou, jak i Conte udostępniają go klubom i drużynom”.
Wygrywał wszędzie i na każdej pozycji: można tak powiedzieć, nawet jeśli trochę wciela się w rolę psychologa?
„Zgadzam się z tą definicją. Mam doświadczenie, w moim wieku wiem, kiedy milczeć, a kiedy mówić, co powiedzieć. Powiedzmy, że odzwierciedlam to, kim byłem na boisku: równoważącym”.
Odchodzi Mou, odchodzi też Oriali; odchodzi Conte i musi pożegnać się również Oriali: czy to los tych, którzy są głęboko związani z trenerem?
„Nie wiem! Ja bym został, Inter to moja druga skóra, nie liczę sukcesów moich różnych karier, jako piłkarza, dyrektora sportowego lub generalnego i menedżera, wiem, że z Interem wygrałem osiem z dziesięciu scudetti drugiej gwiazdy. Proszę sam zdecydować!”.
Proszę nam opowiedzieć o swoim rankingu radości…
„Wstęp: mistrzostwa świata w 1982 roku i mistrzostwa Europy z reprezentacją Manciniego są poza konkursem. Ale łatwo mi jest ustalić moje podium: pierwsze miejsce, mistrzostwo Interu z 1971 roku, byłem wtedy jeszcze prawie dzieckiem. Następnie potrójna korona, z wielu ludzkich powodów. I trzecie miejsce dla tytułu z zeszłego roku w Neapolu, gdzie Antonio sprawił, że niemożliwe marzenie stało się rzeczywistością. Wracam myślami do parady, kolorów i zapachów miasta, do codzienności z tymi wspaniałymi ludźmi”.
Przyjeżdżasz do Neapolu po spotkaniu rodzinnym.
„Antonio dzwoni do mnie i mówi: chodź, przyjedź. Mam ponad 70 lat, zawsze byłem w domu, we Florencji miałem ich przy sobie, z Parmy wracałem prawie każdego wieczoru, z Bolonii wracałem w dwie i pół godziny. Wydaje mi się, że zbytnio się od nich oddalam. Więc zwołam żonę i córki, wyjaśniam i pytam: co mam zrobić? Postawili mi walizki przed drzwiami”.
I to oni się przeprowadzają…
„Jedna z córek wyjechała wczoraj. Mam czworo wnucząt, czuję potrzebę bycia z nimi. Ale Neapol jako mieszkaniec tego miasta był dla mnie niezwykłym odkryciem. Bycie tutaj jest fantastyczne”.
Madryt będzie jego ulubionym miastem, a Bernabeu trochę stadionem jego serca.
„Finał z Niemcami Zachodnimi, ten z Bayernem, dwa epickie momenty. Opowiem o czymś, co wydarzyło się przed meczem z Brazylią: Bearzot, nie tylko dżentelmen, ale także uczony, woła mnie i Gentile. Powierzył mi Zico, a Edera dał Claudio. Przez dwa dni obserwowałem wszystko, co tylko mogłem, dotyczące Zico, a potem, kiedy wychodziliśmy na boisko, podszedł do nas i powiedział: „Przemyślałem to, obserwowałem, co powiecie na zamianę?”.

Co zrobicie dziś wieczorem z Mourinho, skontaktujecie się z nim?
„Nawet nie wyślemy mu wiadomości. Spotkamy się na stadionie i porozumiemy się wzrokiem. Już wcześniej rywalizowaliśmy ze sobą, ale nigdy nie byliśmy wrogami”.
