80-letni trener Rumunii nadal dąży do mistrzostwa świata po niepowtarzalnej karierze: „Prezenty od Anconetaniego, Brescia wybrana dzięki karteczkom, Moratti zakochany w napastnikach. Byłem skrzydłowym z wyjątkowymi dośrodkowaniami, dzięki nim Georgescu zdobył Złoty But”.
„Wszędzie jest pięknie, jeśli czujesz się dobrze, wszędzie jest brzydko, jeśli czujesz się źle”. Mircea Lucescu mówi to, bo wie: trenował i zdobył 36 pucharów (wyprzedzają go tylko Guardiola i Ferguson) w 5 krajach, w wieku 80 lat prowadzi Rumunię i marzy o awansie do mistrzostw świata. Lucescu nie tylko wygrywał w piłce nożnej, ale także ją wymyślił. Zaczynając od siebie: „Chodzę do szkoły ekonomicznej w Bukareszcie, w tamtych czasach studenci nie mogli trenować z profesjonalistami. Pracowałem więc sam i udało mi się doprowadzić lewą nogę do tego samego poziomu co prawą”.
Jakim piłkarzem był Mircea Lucescu?
„Skrzydłowym z wyjątkowymi dośrodkowaniami, dzięki którym Georgescu zdobył Złoty But. Grałem 10 lat w Dinamo Bukareszt, dostałem się do reprezentacji narodowej, w 1970 roku byłem kapitanem Rumunii w meczu z Brazylią Pelégo, a także zaproszono mnie do gry w Fluminense. Zauważono mnie podczas turnieju czterech drużyn na stadionie Maracanã: Rumunia, Flamengo, Vasco da Gama i Independiente. Byłem najlepszym graczem i w nagrodę dostałem radio samochodowe. Potem w 1977 roku w Bukareszcie nastąpiło trzęsienie ziemi…”.
I co się stało?
„Mój dom został zniszczony, musiałem uciekać. W Hunedoara pomagają mi, a ja pomagam im: zostaję piłkarzem i trenerem. Nie dostosowuję się do stylu gry innych, rozwijam własną mentalność. Po pierwsze: edukacja na wszystkich poziomach. Potem dyscyplina, nie narzucona, ale oparta na szacunku, oraz nauka: zabieram chłopców do muzeów, teatru, fabryk, muszą zrozumieć świat. Wreszcie taktyka i różne metody pracy. Gram w sposób hiperofensywny: posiadanie piłki, przebicia, tworzenie przestrzeni, pressing, faul taktyczny, jeśli to konieczne, to, co robi się dzisiaj, robiłem już 50 lat temu”.
Jak wyglądała piłka nożna za czasów Ceausescu?
„Nie mogę wygrać mistrzostw z Dinamo, ponieważ w Steaua gra jego syn, ale moja sytuacja jest delikatna, ponieważ trenuję również reprezentację narodową. Tam również robię to po swojemu: od razu wprowadzam 3-4 młodych zawodników z prowincjonalnych klubów. Wszyscy są przeciwko mnie, więc organizujemy mecz towarzyski: moja drużyna przeciwko selekcji najlepszych graczy z Bukaresztu, wybranych przez dziennikarzy. Pokonujemy ich 3-1. Wtedy rozumieją, że moje pomysły działają. Aby przygotować się do kwalifikacji do mistrzostw Europy w 1984 roku, zabieram chłopaków do Ameryki Południowej: gramy z Argentyną, Chile, Peru, w Salwadorze trwa rewolucja i musimy biegać w nocy… Ale to nam bardzo pomogło, wygrywamy grupę kwalifikacyjną, pokonując nawet mistrza świata, Włochy. W 1986 roku zostaję zwolniony, trzy lata później upada Ceausescu, a ja wygrywam mistrzostwo i puchar. Wie pan, gdzie byłem, kiedy otrzymałem tę wiadomość?

Gdzie?
„W Cagliari, gościem Anconetaniego na meczu Włochy-Argentyna. W końcu zgodziłem się na jego propozycję, podobało mi się to. Ale praca z nim była trudna, zawsze chciał być w centrum uwagi. Pamiętacie go z solą na boisku, prawda? Mam o nim bardzo dobre wspomnienia, był wesołym człowiekiem, gorliwym katolikiem, który nie opuszczał mszy na Piazza dei Miracoli, był hojny: podczas każdego zgrupowania w Montecatini dawał prezenty zawodnikom. Ale chciał też zarabiać pieniądze: sprzedawał mi jednego zawodnika miesięcznie, a potem mnie wyrzucał”.
I wtedy pojawił się Brescia.
„Przez przypadek. Corioni mnie szuka, ale chcą mnie też Standard Liegi i Porto. Więc razem z żoną i synem piszemy trzy karteczki i losujemy. W momencie losowania brakuje jednak jednej, co jest dziwne. Znajduję ją dwa dni później, przyklejoną pod butem: Brescia. Znak przeznaczenia”.

Corioni, kolejny z jego legendarnych prezesów. Włochy żyją koloniami: Holendrzy w Milanie, Niemcy w Interze, Urugwajczycy w Cagliari… więc przekonuję go, żeby stworzył rumuńską Brescię. Bierzemy Hagi, który nie był zadowolony w Realu: ufa, dokonuje mądrego wyboru, dwa lata później gra świetne mistrzostwa świata i Cruijff wzywa go do Barçy. Fajne w Corionim jest to, że z nim mogę wprowadzać młodych, a on jest zadowolony, bo potem ich sprzedaje. Wystawiam Pirlo w wieku 16 lat na 2-1 przeciwko Ipswich w meczu angielsko-włoskim, traci piłkę i robi się 2-2, a potem muszę się kłócić z Luzardim, który oskarża mnie o wystawienie dzieciaka…”.

Dalej z Morattim.
„Prawdziwy dżentelmen, próbuje mnie przekonać, żebym został, ale w Interze mam 10 zawodników, którym kończą się kontrakty, a on dał do zrozumienia, że w następnym roku zatrudni Lippiego, co sprawia mi problemy. Moratti: w każdym razie jest duszą klubu, czuć jego miłość, jest przykładem złotej ery, w której włoski futbol należał do wielkich rodzin. Dzisiaj już tak nie jest: fundusze, konsorcja, obcokrajowcy… tak, gra się, prowadzi transfery, ale futbol z rozrywki stał się wydarzeniem”.
Ale co za atak, ten Inter…
„Baggio, Djorkaeff, Recoba, Ronaldo, Zamorano… Moratti jest zakochany w napastnikach, gdyby wziął też kilku silnych obrońców, kto wie, ile Inter wygrałby. Mam wyjątkowe relacje z Ronie: przyjaciel przywozi mi pomarańcze z Sycylii, daję mu trochę, a on odwdzięcza się butelkami piwa Brahma”.
Akhmetov, człowiek marzeń Szachtara.
„Mówię mu, że zanim stworzymy wielką drużynę, musimy grać świetną piłkę. Nie chcę mistrzów, ale talenty, które można rozwijać, a Brazylijczyków znam dobrze. Widzę Neymara i Casemiro, którzy są świetni, ale mówią mi, że nie można ich pozyskać. Ok, a inni? Przychodzą Douglas Costa, Teixeira, Fernandinho, tworzymy system, dzięki któremu Szachtar dużo zarabia, a jeśli sprzedaje jednego, ma już zastępcę. Achmetow nie robi tego dla siebie, inwestuje wszystko w drużynę. Buduje najpiękniejszy stadion w Europie, pokonujemy wielkie drużyny, jesteśmy młodzi, silni, gramy świetnie. Wygrywamy UEFA i co roku dochodzimy mniej więcej do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wie pan, jak trudno jest ugruntować pozycję drużyny ze Wschodu na tym poziomie? Gdyby nie wojna w Donbasie, być może pewnego dnia udałoby nam się wygrać Ligę Mistrzów. Achmetow jest wspaniałym prezesem, ponieważ chce się uczyć, po meczach idziemy na kolację lub do karaoke, ponieważ uwielbia śpiewać, rozmawiamy o piłce nożnej, o życiu”.
Kilka lat później przechodzi do rywali z Dynama Kijów…
„Dzwonią do mnie, myślę, że chcą przyjacielskiej porady, a zamiast tego proszą mnie, żebym przejął drużynę, która przegrała mistrzostwa 23 punktami. Zgadzam się i z tymi samymi zawodnikami wygrywam 11 punktów. Pewnego dnia mówią mi, że wpłynęło 30 milionów i chcą wiedzieć, kogo kupić. Odpowiadam: nikogo, lepiej zbudujcie nową salę gimnastyczną i kupcie minibusy dla młodzieży. To są zakupy, które pozostają”.

W 1970 roku po meczu wymienił się koszulką z Pelé.
„Wciąż ją mam. Jest brudna od ziemi, nigdy jej nie prałem. Oprawiłem ją w ramkę i znajduje się w muzeum”.
