„Bestia” wyznaje: „W Giallorosso pamięta się błędy, a nie przewroty, ludzie mówią, nie mając pojęcia. W pewnym momencie byłem podstawowym graczem w Brazylii, a w Romie nie. Widziałem, jak Totti płakał za Franco Sensi. Mogłem przejść do Milanu, a potem do Interu, ale byłem zbyt drogi i wzięli Sneijdera…”

Kiedy mówi się Julio Baptista, przychodzą na myśl przewroty, mistrzowskie zagrania i derby Rzymu rozstrzygnięte głową w poprzek bramki. „Ten strzelony Lazio jest wart tyle samo, co gol na Camp Nou, który powalił Barcę”. Jest jednak też druga strona medalu: trudności w ostatnich latach w Rzymie, obelgi, które stały się memami, kultowe relacje telewizyjne. „Czytałem i słyszałem wiele bzdur na swój temat. Wiele osób, zwłaszcza we Włoszech, pozwala sobie na wypowiedzi, nie mając pojęcia o sytuacji”. „Bestia” odpowiada z Madrytu, gdzie studiuje, aby zostać trenerem. Otwiera skarbnicę wspomnień i daje się ponieść emocjom. Jedno polaroidowe zdjęcie po drugim, w kolejności chronologicznej. Zainteresowanie Mourinho, zaloty Gallianiego, cztery bramki strzelone Liverpoolowi, które spotkały się z owacją na stojąco publiczności na Anfield.
Julio, zacznijmy od twojej włoskiej przygody. Kilka dni po twoim przybyciu zmarł prezes Romy Franco Sensi. Jakie masz wspomnienia?

„Znalazłem się w sytuacji, w której niosłem jego trumnę na ramionach. Totti wyjaśnił mi, że Sensi był Roma. Płakał. On, jak wielu innych. Była to forma miłości, którą rzadko widziałem wśród kibiców, zrobiła na mnie wrażenie”.

Pierwszy rok przebiegał pomyślnie. Dobra relacja ze Spallettim, gol w derbach, przewrót z Torino.

„Zrobiłem wiele świetnych zagrań! Żarty na bok, to był dobry sezon. Dla Spallettiego poszedłbym na wojnę, umieścił mnie w centrum swojej gry. Wiele mu zawdzięczam”.

Błysk z derbów? To były twoje pierwsze derby, od razu strzeliłeś gola pod trybuną Sud.

„To było szalone. Dośrodkowanie Tottiego, moje uderzenie głową i gol. Tak wygraliśmy. Pamiętam szalejących kibiców. W Rzymie są szaleni… w dobrym tego słowa znaczeniu. Ale bramka w derbach jest dla mnie tak samo ważna jak ta strzelona na Camp Nou przeciwko Barcelonie. Tam też byłem decydujący”.

Twoje doświadczenie w Rzymie zakończyło się jednak trudnościami i krytyką. Jak to było?

„Szczerze mówiąc, czułem się trochę zdradzony. Było mi dobrze, grałem w reprezentacji i byłem najlepszy na boisku. W Rzymie natomiast nie grałem. Ranieri nie widział mnie zbyt często. Nigdy nie wziął mnie na bok, żeby mi coś wyjaśnić, nigdy nie udzielił mi żadnych wyjaśnień. Szkoda. Odszedłem, ponieważ potrzebowałem nowych bodźców”.

Jeśli wyszuka się jego imię na YouTube, można zobaczyć, jak jest ono kojarzone z kultowymi relacjami z jego błędów w barwach Giallorossi. To „Julio, odejdź” stało się słynne wśród kibiców. Widziałeś to kiedyś?

„Nie i nie obchodzi mnie to. Czytałem i słyszałem wiele bzdur na swój temat. Byłem w trudnym okresie, nie miałem pewności siebie i nie potrafiłem grać tak jak zawsze. Rozumiem chęć zdobycia „sławy”, ale trzeba mieć trochę szacunku. Wiele osób, zwłaszcza we Włoszech, pozwala sobie na wypowiedzi, nie mając pojęcia o sytuacji”.

Jak ogólnie ocenia Pan swoje doświadczenia w barwach Giallorossi?

„Patrząc na to z perspektywy czasu, powiedziałbym, że były to ważne sezony. Oczywiście żałuję, że nie zdobyliśmy scudetto i że tak się to skończyło. Wydaje się, że niektórzy ludzie bardziej pamiętają błędy niż bramki strzelone z przewrotki. Czy to sprawiedliwe? Być może należałoby powiedzieć komuś, żeby lepiej wykonywał swoją pracę i lepiej przekazywał informacje…”.

Cofnijmy się teraz w czasie. Do Europy zabrała cię Sevilla. Czy widzieliśmy tam najlepszego Julio?

„Tak, jestem związany ze wszystkimi drużynami, w których grałem, ale Sevilla zawsze będzie dla mnie wyjątkowa. W ciągu dwóch lat strzeliłem 47 bramek, byłem jak czołg. Od tego momentu zaczęto nazywać mnie „Bestia”. Połączyła się ze mną połowa Europy”.

Wśród konkurentów zwyciężył Real Madryt z Galacticos.

„To była szalona drużyna, trudno było znaleźć w niej miejsce. Na ławce siedział Capello, w ataku grała para Ronaldo i Raul, a za nimi Zidane, Beckham i Figo”.

Następnie wybrał Arsenal, na zasadzie wypożyczenia, aby znaleźć ciągłość. Jest jednym z nielicznych w historii, którzy strzelili 4 gole na Anfield, wiedziałeś o tym?

„Nie wiedziałem, ale wiem, że to był niesamowity wieczór. Strzeliłem cztery bramki i wygraliśmy 6:3. Kiedy zostałem zmieniony, cały stadion wstał, aby mi pogratulować. Spojrzałem w górę i zobaczyłem czerwoną ścianę. Trybuna Kop, która oddaje ci hołd, zwłaszcza jako przeciwnikowi, wywołuje gęsią skórkę”.

Przejdźmy do sliding doors. Jest co najmniej kilka historii do opowiedzenia, obie związane z Mediolanem. Pierwsza była wynikiem pragnienia Gallianiego…

„Był rok 2007, miałem za sobą dwa przeciętne lata w Madrycie i Londynie. Wiedziałem, że Milan mnie chce. Ostatecznie jednak wzięli Pato, a ja trafiłem do Romy. A pomyśleć, że w maju tego roku wygrali Ligę Mistrzów…”.

Zwycięstwo w Lidze Mistrzów, które przypada tam, gdzie powinno, wydaje się być stałym elementem jego transferów. Coś podobnego miało miejsce również przed potrójnym zwycięstwem Interu Mourinho. W tym przypadku brakowało tylko podpisu?

„Byliśmy naprawdę bardzo blisko, tak. Była nawet rozmowa telefoniczna z Morattim, Mou mnie polubił. Potem nic z tego nie wyszło: Roma chciała więcej pieniędzy. Inter zdecydował się więc na Sneijdera, mojego byłego kolegę z Realu. Szkoda, może w obu klubach udałoby mi się wygrać Ligę Mistrzów…”.

Na koniec: twoja przyszłość jako trenera. W przeszłości powiedziałeś, że trenerzy kolorowi mają mniej okazji. Czy uważasz, że wynika to z rasizmu?

„Nie wiem. Ale to fakt. Ilu trenerów kolorowych widzisz w pięciu najlepszych ligach? Ja niewielu. Chciałbym wierzyć, że to tylko przypadek, ale niestety nie sądzę. Jest mniej możliwości. Mam nadzieję, że to ja odwrócę tę tendencję, nigdy nie mów nigdy…”.

Leave a Reply