Były obrońca Napoli, Interu i Udinese: „Byłem szaleńcem, ale dwie kontuzje zmieniły mnie. Doprowadziłem Zaca do szału, wjechałem do jego pokoju samochodem i trąbiłem klaksonem”.
Dwie kontuzje zmieniły jego karierę, sposób myślenia i prawdopodobnie także życie. W wieku dwudziestu lat Giovanni Bia musiał zmagać się z dwoma zerwanymi więzadłami krzyżowymi w ciągu półtora roku, ucząc się żyć z tym irytującym uczuciem, które pojawia się, gdy stoisz w miejscu, a świat wydaje się kręcić dwa razy szybciej. „Wielu by się poddało. Złamałem więzadło krzyżowe, potem wróciłem i złamałem drugie podczas pierwszego treningu z drużyną. To był prawdziwy cios”. Pomogło mu to jednak zmienić perspektywę, pozbyć się strachu przed zakończeniem kariery i koniecznością znalezienia planu B. „Jako chłopiec byłem trochę szalony, ale te półtora roku naprawdę mnie dojrzało”. Dzisiaj Giovanni, po szesnastu latach kariery piłkarskiej, jest agentem i zarządza swoją agencją, Bia Soccer Agency, która reprezentuje ponad 80 piłkarzy, zarówno młodych, jak i profesjonalnych. „Staram się również uczyć chłopców wartości, widziałem zbyt wielu utalentowanych piłkarzy, którzy zgubili się po drodze. To mogło być również moje przeznaczenie”. Błogosławiona więzadło krzyżowe, można by powiedzieć.
Giovanni Bia, zacznijmy od początku. Debiutowałeś w Serie B w wieku 16 lat: czy w tym wieku wydaje się, że ma się świat w garści?
„No… trochę tak. Byłem szalony, wiedziałem, że mam talent i czułem się niepokonany. Debiutowałem w Parmie, a po meczach wyjeżdżałem motocyklem z dmuchawą wzdłuż alei stadionu. Byłem dziwakiem, powiedzmy to w ten sposób”.
Potem dwie kontuzje zmieniły cię.
„Absolutnie. Miałem dwadzieścia lat i byłem przerażony. Złamałem więzadło krzyżowe, wróciłem po sześciu miesiącach i podczas pierwszego treningu z drużyną złamałem drugie. To był cios. Wielu by się poddało. Ja spojrzałem w lustro i powiedziałem: „Chcę być piłkarzem, muszę wrócić silniejszy niż wcześniej”. To była motywacja”.
Po dobrym sezonie w Cosenza w Serie B, to Napoli pozwoliło ci zasmakować Serie A.
„Z trenerem Lippi, ileż to wspomnień. To też był dziwny sezon. Klub miał wiele długów, przez wiele miesięcy nie otrzymywaliśmy żadnych wynagrodzeń. W szatni zawarliśmy umowę: „Jeśli zaczną nam płacić, wszyscy zostaniemy”. Tak się nie stało. Dokonano wielu transferów, aby uzyskać środki finansowe i zacząć od nowa”.
Jego transfer był jednym z nich. Wybrał Inter. Czy były inne opcje?
„Mogę tylko powiedzieć, że Nerazzurri zawsze byli moim pierwszym wyborem. Zgodziłem się w pięć sekund. Nie obchodziły mnie nawet pieniądze. Moim marzeniem było grać na San Siro”.

Byliście świetną drużyną, szatnią pełną mistrzów i wielu Włochów. Pagliuca, Berti, Fontolan i spółka. Jakieś anegdoty?
„Eh… byłoby ich zbyt wiele, żeby je wszystkie opowiedzieć. Powiem ci tę: pewnego dnia Fontolan przyszedł do Pinetiny i zaczął mówić, że następnego dnia przyleci na trening helikopterem. Zaczęły się zakłady i żarty. Postawiliśmy pół miliona. I nic, ten szaleniec „Fontolino” następnego dnia naprawdę pojawił się helikopterem. Wszyscy byliśmy zaskoczeni. A najciekawsze jest to, że wynajęcie go kosztowało go ponad dziesięć milionów, które wydał, aby wygrać… pół miliona. Ale nasze miny tego dnia były bezcenne”.
W tej drużynie był też Dennis Bergkamp. Co według Pana poszło nie tak?
„Dennis to bardzo dobry chłopak, a do tego wyjątkowy piłkarz. Nie ja to odkryłem. Był jednak bardzo nieśmiały, introwertyczny, cały czas spędzał z Jonkiem. Nie potrafił się wyrazić. Myślę, że cierpiał również z powodu gwizdów na San Siro. Nie jest łatwo znosić 80 tysięcy ludzi, którzy narzekają i oczekują od ciebie zawsze mistrzowskich zagrań”.
Fontolan przyleciał do Appiano helikopterem: wygrał pół miliona zakładu, wydał dziesięć…
Giovanni Bia
Mówi się, że to Moratti tego chciał. Jakie były twoje relacje z prezesem?
„Człowiek z innej epoki. Miał oczy i uszy wszędzie. Troszczył się o nas, o nasze rodziny, był ciekawy świata. Pamiętam wiele rozmów z nim po kolacji. Bywał w szatni, był jednym z nas”.
Potem Udinese. Jakieś wspomnienia?
„To były dwa bardzo piękne lata. Tam urodził się mój syn Riccardo, zawsze będę związany z tym miastem i mieszkańcami Friuli. Byliśmy świetną grupą, z Zaccheronim na ławce. Ileż to było żartów…”.
Opowie nam pan o jednym z nich?
„Pewnego razu Giovanni Stroppa i ja wjechaliśmy zabytkowym Fiatem 500 prosto do szatni trenera. Trąbiąc klaksonem. Zac krzyczał: „Oszaleliście, przestańcie”. Potem sam też wybuchnął śmiechem”.

W Bolonii również dobrze się bawił.
„Mamma mia, mieliśmy Signori w ataku, który jest najsilniejszym graczem, z jakim grałem. Po każdym treningu zostawał, aby poćwiczyć jeden na jednego z naszym trzecim bramkarzem. I zawsze strzelał gola. Można było już podnieść ręce, kiedy zaczynał drybling, aby ominąć bramkarza: to był wyrok”.
Signori był więc najsilniejszy. Ale jako obrońca. Jego wzór?
„Franco Baresi, gra przeciwko niemu w derbach była dla mnie zaszczytem. Potem także Ciro Ferrara, który był dla mnie jak starszy brat. W Neapolu brał mnie na bok i wyjaśniał mi, kim są przeciwnicy, których powinienem kryć, jakie mają cechy, udzielał mi rad. Był analitykiem meczowym na boisku”.
Ferrara był starszym bratem: przed meczami wyjaśniał mi wszystko
Giovanni Bia
Na koniec teraźniejszość. Dzisiaj jest agentem. Zarządza Cambiaso, Ravaglia i wieloma innymi.
„Staram się również uczyć chłopców wartości i właściwego podejścia. Widziałem zbyt wielu z nieograniczonym talentem, którzy zgubili się po drodze. To mogło być również moje zakończenie”.
Najbardziej absurdalna rzecz, jaka spotkała cię podczas wieloletnich negocjacji?
„Kiedyś miałem wysłać chłopaka z Parmy do drużyny Serie C. Załatwiłem wszystko, przygotowałem umowy i poszedłem do biura tej drużyny, żeby podpisać… ale nie było już dyrektora sportowego. Został zwolniony na miejscu. Dwie minuty wcześniej siedział ze mną i podpisywał umowę, a potem… zniknął bez śladu. Nadal się śmieję, kiedy o tym myślę”.
