Michele, były mistrz Europy i pretendent do tytułu mistrza świata, pochodzący z grupy etnicznej Sinti, w wieku 43 lat wraca na ring: „Wciąż mam coś do zaoferowania, marzę o ostatnim występie. Lubiłem Rocky’ego i Bruce’a Lee, mam też czarny pas w karate, ale dzięki boksowi mogłem przynosić do domu trochę pieniędzy…”

Pasja nigdy nie gaśnie. Zwłaszcza jeśli spędziłeś praktycznie całe życie między linami. Michele Di Rocco był jednym z najbardziej energicznych włoskich bokserów na przełomie pierwszej i drugiej dekady tego stulecia, mistrzem Europy, a następnie pretendentem do tytułu mistrza świata. Od dziecka marzył o zapisaniu się w historii ringu i mimo że nie walczył od ponad ośmiu lat, nadal nie porzucił tego marzenia. 8 listopada powróci na ring w Estonii, gdzie zmierzy się z Ukraińcem Liashevych, co będzie łagodnym początkiem przed ostatnim, wielkim show.

Michele, czy to prawda, że wybrałeś boks, ponieważ byłeś zagorzałym fanem filmów o Rocky’m Balboa?

„Zgadza się. Jako dziecko miałem dwóch idoli filmowych: Rocky’ego i Bruce’a Lee. Przez kilka lat trenowałem zarówno boks, jak i karate, a mało kto wie, że mam czarny pas. Po prostu bardziej podobał mi się boks, a kiedy dostałem pierwsze powołania do reprezentacji narodowej, mogłem nawet wysłać do domu trochę pieniędzy, więc porzuciłem karate. Moja rodzina jest skromna, chociaż nigdy nie brakowało mi i moim siostrom niczego. Ojciec był murarzem, matka gospodynią domową, ale żeby zarobić trochę grosza, wróżyła z dłoni swoim koleżankom.

A z tobą nigdy tego nie robiła?

„Przed każdą walką siadaliśmy naprzeciwko siebie: trzymała mnie za rękę i patrzyła mi w oczy: „Michele, wszystko będzie dobrze”. Nie liczyła się sama walka, ale zdrowie”.

Podczas igrzysk olimpijskich w Atenach w 2004 roku byłeś jedną z czołowych postaci włoskiej reprezentacji, ale przegrałeś walkę o medale.

„Dotarcie tam nie było łatwe, również dlatego, że właśnie przeszedłem z kategorii lekkiej do półśredniej. W drużynie był ktoś, kto naciskał na wybór Bruneta Zamory, ale pokonałem go w mistrzostwach Włoch w 2003 roku, udowadniając, że zasługuję na to miejsce. W Atenach, w ćwierćfinale przeciwko Rumunowi Gheorghe, pokonał mnie tylko przewrotny system maszyn: dzień wcześniej okradziono innego Rumuna i trzeba było to zrekompensować. Ja padłem ofiarą tego systemu”.

Należy Pan do pokolenia Russo i Cammarelle, którzy pozostali amatorami do końca kariery, osiągając wielkie sukcesy i popularność: czy nigdy nie żałował Pan, że nie podjął Pan takiej samej decyzji?

„Być może patrząc wstecz, mogę mieć pewne wątpliwości, ale niczego nie żałuję: jestem niezależny, zawsze nie znosiłem narzucanych mi ograniczeń, a aby pozostać w reprezentacji przez długi czas, trzeba iść na kompromisy. Poza tym zawsze marzyłem o zostaniu mistrzem wśród profesjonalistów, więc z dumą podtrzymuję wszystkie swoje decyzje. Bokser o moich umiejętnościach stylistycznych w Ameryce i Anglii zarobiłby prawdziwe pieniądze. A jednak miałem jedną małą szansę”.

Proszę nam o tym opowiedzieć.

„W wieku osiemnastu lat odbyłem staż w Gleason’s Gym, siłowni, z której korzystał między innymi Mike Tyson. Zaproponowano mi, żebym tam został, ale byłem jeszcze zbyt młody, żeby podjąć taką decyzję i prawdopodobnie otrzymałem złą radę. Wróciłem więc do Włoch”.

Nie znaczy to, że sprawy potoczyły się źle: zostałem mistrzem Europy, a potem pretendentem do tytułu mistrza świata w wadze superlekkiej.

„Moje najlepsze walki stoczyłem z Finem Piispanenem w Mediolanie i Hiszpanem Nieto w jego domu. Ale walka o mistrzostwo świata WBA z Burnsem w Glasgow była największym rozczarowaniem w moim życiu”.

W tym najważniejszym dniu na ring wkroczył duch Di Rocco.

„Ale to nie była moja wina. Pierwotny plan zakładał walkę o mistrzostwo świata z Benavidezem w grudniu 2015 roku, więc cały sierpień spędziłem sam w Mediolanie, a potem w listopadzie powiedziano mi, że wszystko się zmieniło i że przeciwnik będzie inny. Jednak do półtora miesiąca przed walką nie było żadnych potwierdzeń. Wszedłem na ring wyczerpany psychicznie, nie byłem sobą: tym razem naprawdę ryzykowałem, że zrobię sobie krzywdę”.

A dlaczego teraz, mając 43 lata i po ponad ośmiu latach przerwy od ringu, czujesz potrzebę powrotu?

„Ponieważ jestem sprawny fizycznie i uważam, że nadal mogę coś dać boksowi. Mimo że już dawno zakończyłem karierę, nadal poważnie trenowałem i nie będę musiał się zbytnio przemęczać, aby walczyć w kategorii superśredniej, w której powracam. Pierwszy mecz będzie łagodnym testem, tylko po to, aby ponownie znaleźć się na ringu i odzyskać oko, a także powrócić do rankingu, a następnie stoczę kolejną, poważniejszą walkę lub może nawet kilka przed meczem europejskim lub światowym. Jestem to winien mojemu przyjacielowi Antonio Ciarelli, który jest również moim sponsorem i wierzył we mnie w tej przygodzie: słuszne jest, aby mu się odwdzięczyć po tym wszystkim, co dla mnie robi”.

Ale czy naprawdę we Włoszech nie ma już bokserów na wysokim poziomie?

„Sytuacja jest raczej ponura: bardzo lubię Armando Casamonica, który stoczył świetną walkę w Teksasie, a teraz będzie walczył w mistrzostwach Europy. Wielokrotnie byłem jego sparingpartnerem, ponieważ często trenuję w Quadraro, jego siłowni, i muszę powiedzieć, że kilka razy oberwał ode mnie. ..”.

Trzeba więc poczekać na jego syna Francesco, który wydaje się być obiecującym zawodnikiem.

„Nazywa się tak samo jak mój ojciec, jak wielki święty z Asyżu i jak Totti, mistrz, którego zawsze podziwiałem. Z pewnością ma talent i mimo że ma dopiero 15 lat, już teraz ma niezłą siłę uderzenia. Ale nie naciskajmy na niego”.

Należy Pan do grupy etnicznej Sinti: czy nie przeszkadza Panu fakt, że Romowie są zawsze przedmiotem tak wielu rasistowskich uprzedzeń?

„Ignorancja jest grobem inteligencji. Doświadczyłem tego na własnej skórze, zwłaszcza gdy przeciwnicy, aby mnie wyprowadzić z równowagi, krzyczeli „cyganie”. Ale uciszałem ich na ringu: pokonałem wszystkich, którzy mnie tak wyzywali”.

Leave a Reply