Lorenzo, urodzony w 2004 roku, pomocnik wypożyczony z Fiorentiny do Las Palmas: „Chciałbym zobaczyć Włochy na mistrzostwach świata i pewnego dnia zagrać w nich. Tutaj poziom jest bardzo wysoki, bardzo wierzę w swoje możliwości, ale na początku miałem wahania”.

Historia Lorenza to historia miłości i bólu. Pasji i nauki, ciekawości i poświęcenia. Tak wiele rzeczy skondensowanych w 21 latach życia, z których prawie wszystkie poświęcone były piłce nożnej. Z Subbiano, Arezzo, 6500 mieszkańców, do Las Palmas de Gran Canaria, przez Florencję, Terni i Salerno. Dzisiaj Amatucci, pomocnik, jest trzecim najczęściej wykorzystywanym graczem drużyny z Wysp Kanaryjskich, która prowadzi w hiszpańskiej Segunda wraz z Racing Stander i Deportivo, ale do tego jeszcze dojdziemy. Najpierw konieczne jest podsumowanie, które posłuży nam jako prezentacja, ponieważ ten chłopak może mieć przed sobą świetlaną przyszłość, ale niewiele wiemy o jego przeszłości.

Oddaję głos Lorenzo.

„Urodziłem się w Arezzo, ale zawsze mieszkałem w pobliskim Subbiano. Zacząłem grać w wieku 4,5 roku w drużynie z mojej miejscowości i od tamtej pory nie przestałem. W pewnym momencie zgłosiły się do mnie Fiorentina, Empoli i Siena, a ja wybrałem Viola. Miałem wtedy dziewięć i pół roku”.

I przeprowadziłeś się?

„Nie, jeździłem tam i z powrotem. Najpierw dwa, potem trzy, a następnie cztery razy w tygodniu, plus mecze. Mama odbierała mnie ze szkoły i zabierała do punktu poboru opłat na autostradzie. Tam wsiadałem do autobusu i jechałem na boisko”.

Ależ to daleko. Czas podróży?

„Mniej więcej półtorej godziny”.

Ciężko.

„Nieprawda! Mam wspaniałe wspomnienia z tamtych czasów. Świetnie się bawiłem, zarówno w podróży, jak i na treningach. Nie mogłem się doczekać, aż skończą się zajęcia w szkole i będę mógł wyruszyć w drogę. W tym autobusie, który zatrzymywał się w różnych miejscach, aby zabrać dzieciaki, nawiązałem relacje, które trwają do dziś. Nie mieliśmy telefonów, rozmawialiśmy i marzyliśmy, było pięknie. Mojego najlepszego przyjaciela, Niccolò Falconiego, który gra w Serie D w San Donato, poznałem właśnie tam”.

A on nie był tak dobry jak ty?

„Oczywiście! Ale droga do kariery piłkarskiej jest bardzo trudna. Wie pan, ilu miałem kolegów o naprawdę niezwykłym talencie? Bardzo wielu, naprawdę wielu. Kiedy osiągasz ten poziom, szczegóły mają ogromne znaczenie. Albo jesteś fenomenalny, albo musisz bardzo ciężko pracować. Aby się wyróżnić, nie wystarczy jakość, potrzebna jest też głowa. A więc dyscyplina, dojrzałość, duch poświęcenia – wszystko to trudno wymagać od dziecka. Ważni są ludzie, którzy są przy tobie, zwłaszcza rodzina, aby nie zboczyć z drogi”.

A potem?

„Po ukończeniu gimnazjum przeniosłem się do internatu Fiorentiny i kontynuowałem naukę i treningi. Spaliśmy w pokojach po 2-3 osoby, zawsze z moim przyjacielem Falconim, a na boisku wszystko szło dobrze. Z kolegami z internatu z rocznika 2004 nadal mamy grupę na WhatsAppie i cały czas jesteśmy w kontakcie, więź, która tam powstała, bardzo nas zjednoczyła. Favasuli jest w Catanzaro, Biagetti w Torres, Fallou Sene w Danii, Kayode w Brentford… Debiutowałem w pierwszej drużynie na San Siro. Italiano wprowadził mnie przy stanie 4:0 dla nich, ale nie można sobie wymarzyć lepszego miejsca na debiut. Potem zagrałem jeszcze raz, a w styczniu przeniosłem się do Terni. Latem 2024 roku odbyłem przygotowania z Palladino, a potem ponownie zostałem wypożyczony do Salerno. W tym roku nie było przygotowań z Piolim i wypożyczenia do Las Palmas”.

Dlaczego Wyspy Kanaryjskie?

„Ponieważ zawsze miałem wielką pasję do piłki nożnej i hiszpańskiej ligi. Dorastałem, oglądając Barcelonę Messiego. Mój agent jest Hiszpanem i kiedy przedstawił mi ten pomysł, nie miałem wątpliwości, chciałem zmierzyć się z modelem piłki nożnej, który idealizowałem. Nie pomyliłem się, to był strzał w dziesiątkę”.

Czym zajmują się Twoi bliscy?

„Mój ojciec jest robotnikiem, moja mama pracowała z moim dziadkiem, który ma firmę zajmującą się hydromechaniką, ale niestety zmarła w zeszłym roku”.

Pauza. Tragedia ujawnia się z całą swoją siłą w naszej swobodnej rozmowie, wywraca do góry nogami tę historię, która do tej pory była pełna róż, otacza opowieść swoją ostateczną fatalnością. Rak?

„Tak”.

Ile miała lat?

„Pięćdziesiąt jeden”.

To straszne, przykro mi. Następnie, rzucając okiem na skład Las Palmas, pojawia się nazwisko Kiriana Rodrigueza, gracza Las Palmas z Wysp Kanaryjskich, który już dwukrotnie musiał przerwać karierę na 8 i 7 miesięcy z powodu raka limfatycznego. Pierwszy raz w 2022 roku i ponownie w tym roku. Powrócił na boisko 5 października.

„Tak. Znałem jego historię, a kiedy tu przybyłem, Kirian jako pierwszy podszedł do mnie i zaczął ze mną rozmawiać”.

Czy wiedział o swojej matce?

„Nie sądzę, nie sądzę. On jest taki, wspaniałą osobą, otwartą, pomocną, pogodną. Zawsze uśmiechnięty i pozytywny, nigdy nie jest smutny, stara się cieszyć tym, co oferuje mu życie. Jest wspaniałym przykładem, bardzo dobrze się z nim czuję”.

Jestem ciekawy. Czy studiujesz?

„Tak. Studiuję psychologię. Uczestniczę w kursach online i zdaję egzaminy. Interesuje mnie zgłębianie myśli, zachowań i relacji, badanie umysłów ludzi, sposobu ich rozumowania. Mamy wolny czas, postanowiłem go tak wykorzystać”.

A te pierwsze miesiące w Las Palmas?

„Wspaniałe. Słońce, morze, piłka nożna i nauka. Od czasu do czasu przyjeżdża moja dziewczyna, która studiuje we Florencji, odwiedziła mnie już moja siostra, która chce jak najszybciej wrócić, a wkrótce przyjedzie też mój ojciec, gotowy pokonać swój lęk przed lataniem samolotem. Trudno wyobrazić sobie lepszą sytuację”.

A na boisku?

„Na początku było ciężko. Wszystko było zupełnie inne i nie byłem do tego przyzwyczajony”.

Rozwińmy to.

„Treningi, gra, metodologia, piłka nożna, wszystko. Sposób budowania siły jest znacznie bardziej dynamiczny i wybuchowy, a na boisku wszystko sprowadza się do bardzo ograniczonej przestrzeni, nie ma czasu na myślenie, a ja nie byłem do tego przyzwyczajony. Tutaj, w Las Palmas, średni poziom techniczny jest bardzo wysoki. Mam duże zaufanie do siebie i przyjechałem z tym przekonaniem. Ale po pierwszych treningach to zaufanie zachwiało się… Mam szczęście, że spotkałem trenera i wspaniałą osobę i powoli nabrałem pewności siebie. Zobaczyłem, że udawały mi się rzeczy trudne, a przynajmniej tak mi się wydawało, że wszystko przebiegało naturalnie”.

I stał się trzecim graczem pod względem minut spędzonych na boisku w swojej drużynie.

„Tak, opuściłem tylko jeden mecz, aby pojechać z drużyną U-21”.

I potem już więcej nie zadzwonili?

„Nie, trener podjął inne decyzje i nie ma w tym nic złego. Wygrałem mistrzostwa Europy do lat 19, a reprezentacja narodowa pozostaje moim celem”.

W składzie jest z tobą Jeremias Recoba, syn „Chino”.

„Tak, przyjechał kilka dni po mnie i od razu się zaprzyjaźniliśmy, ponieważ był jedyną osobą, która mówiła do mnie po włosku, ponieważ urodził się i wychował u nas. Świetny chłopak, szkoda, że właśnie zerwał więzadło krzyżowe, co za pech”.

Czy wiesz, że Wyspy Kanaryjskie są uważane za swego rodzaju hiszpańską Brazylię, jeśli chodzi o piłkę nożną? Valeron, David Silva, Pedri… to znane postacie.

„Tak, i nie dziwi mnie to. Tutaj dużo gra się na plaży, a ponieważ klimat jest fantastyczny, można to robić praktycznie przez cały rok. Porównanie do Brazylii jest trafne, tutaj kochają piękną piłkę nożną” .

A co mówi przyszłość?

„Niepewna. Jestem wypożyczony do czerwca, Las Palmas ma prawo do wykupienia mnie, ale tylko jeśli awansujemy do La Liga, a Fiorentina ma możliwość odkupienia. Tymczasem kontynuujemy ten piękny, bardzo trudny i długi sezon. Potem zobaczymy”.

Urodził się Pan w 2004 roku. Nie pamięta Pan Mistrzostw Świata z 2006 roku, a od tego momentu dla Włoch rozpoczęła się bolesna zapomnienie.

„Tak. Nie mam zbyt wielu wspomnień, dlatego z całej siły mam nadzieję, że uda nam się awansować do Mistrzostw Świata. Chciałbym przeżyć emocje związane z oglądaniem tych rozgrywek, a pewnego dnia także z graniem w nich”.

Leave a Reply