Były włoski bokser wagi superciężkiej, złoty medalista z Pekinu 2008 i pokonany przez przyszłego mistrza w Londynie: „Gdybym mógł cofnąć czas, wyjechałbym do Ameryki. We Włoszech nie ma profesjonalizmu, nie jesteśmy w stanie stworzyć wydarzenia. Nie jest normalne wykonywanie innej pracy, ponieważ nie da się utrzymać z boksu”.
Nigdy nie wychodził poza schematy, był nieśmiały i konkretny, bardziej cenił czyny niż słowa. Nawet w ten sposób można stać się legendą ringu. Roberto Cammarelle potrafił zawsze interpretować życie boksera z głęboką spójnością, ogromną pasją i tylko niewielkim żalem (że nie zdobył złotego medalu mistrzostw Europy). Mistrz trzech podium olimpijskich (złoto w Pekinie) i czterech medali mistrzostw świata (dwa złote) w wadze superciężkiej, a także dziesięciu tytułów włoskich, może ubiegać się o honorowy tytuł najlepszego boksera amatorskiego w historii. Ale nie tylko włoskiej. Mówimy tu o świecie. Jego pierwsze zwycięstwo spośród 230 rozegranych walk w podkoszulku miało miejsce podczas międzyregionalnych mistrzostw w Varese w 1995 roku: „Przeciwko Bozza, który przed walką mówił kolegom: „łatwo go pokonam”: była to dla niego porażka, wycofał się po dwóch kolejnych walkach”.
Roberto, zacznijmy od końca: 12 sierpnia 2012 r., Londyn, finał olimpijski, drugie złoto, które przepadło z powodu porażki z Joshuą. Czy oglądałeś jeszcze ten mecz?
„Ach, cóż, setki razy, praktycznie kiedy jestem gdzieś gościem, to pierwsze obrazy, które pokazują, lub pierwsze zdjęcia, które komentują. I dziś, tak jak wtedy, pozostaję przy swoim przekonaniu”.
A mianowicie?
„Że wygrałem. Na pewno. Ale jednocześnie za każdym razem analizuję, co mogłem zrobić więcej, aby przekonać sędziów do przyznania mi punktów, na które zasłużyłem w ostatniej rundzie”.

Aby złagodzić gorycz, cofnijmy się o cztery lata, do triumfu w Pekinie nad Zhang Zhilei. Który był Chińczykiem. Czy nigdy nie bałeś się, że możesz paść ofiarą gier politycznych?
„Byłem aktualnym mistrzem świata, przygotowałem się perfekcyjnie, wiedziałem, że jestem najsilniejszy i byłem spokojny. Oczywiście, była to pierwsza edycja, w której finały rozgrywano przez dwa dni, a w sobotę Chińczykowi przyznano niezasłużone złoto (w wadze półciężkiej, przyp. red.), więc trochę się martwiłem. Ale gdy tylko wszedłem na ring, wszystko minęło: byłem spokojny i w pełni świadomy swoich umiejętności i możliwości”.
A pomyśleć, że na początku XXI wieku, właśnie wtedy, gdy zaczynała swoją karierę, powiedziano jej, że nie będzie mogła już walczyć.
„Poważna przepuklina dysku, która wymagała dwóch operacji, z których druga była bardzo delikatna. Lekarz, który mnie operował, był szczery: naprawił mi kręgosłup, ale musiałem zapomnieć o powrocie na ring. Potraktowałem to jako osobiste wyzwanie, udział w igrzyskach olimpijskich zawsze był moim marzeniem, nie zrezygnowałbym z tego za nic w świecie, a dwa lata później miały się odbyć igrzyska w Atenach. Wróciłem na ring, na początku z dużym trudem, a w Grecji zdobyłem brązowy medal. A jeśli stajesz na najniższym stopniu podium, kolejnym celem jest tylko złoto”.
Jego pokolenie, w skład którego wchodzą również Clemente Russo, Domenico Valentino i Vincenzo Picardi, pozostawało na szczycie przez dekadę, ale oskarżano was o bycie „bokserami państwowymi”: amatorami na całe życie, otrzymującymi wynagrodzenie od sił zbrojnych.
„Tym, którzy wysuwali tę krytykę, zadaję proste pytanie: czy w ciągu tych dziesięciu lat był przeciwnik, który był w stanie nas pokonać i odebrać nam miejsce? Odpowiadam: nie. Wręcz przeciwnie, po Pekinie postanowiłem, że w następnym roku, po zakończeniu mistrzostw świata w Mediolanie, które odbywały się w moim domu i na których bardzo mi zależało, zakończę karierę. Zdobyłem złoto, więc uznałem, że moja kariera sportowa dobiegła końca. Ktoś z federacji przyszedł do mnie i błagał: „Roberto, nie mamy nikogo w twojej kategorii na Londyn 2012, nie rezygnuj”. Państwowy bokser stał się przydatny…”.

Prawdą jest jednak, że nigdy nie wykazywał pan zainteresowania zawodowym boksem.
„W boksie zawsze fascynowała mnie technika, bardziej niż cała reszta. Po dwóch operacjach nie była to łatwa droga. A poza tym, w jakim kontekście miałbym przejść do zawodowstwa? W Italii zawodowstwo praktycznie już nie istnieje, straciliśmy nieocenione dziedzictwo pasji, nie jesteśmy już w stanie stworzyć wydarzenia wokół meczu. Czy uważa Pan za normalne, że zawodowiec musi wykonywać inną pracę, ponieważ nie da się utrzymać z boksu? Gdybym mógł cofnąć czas, być może podjąłbym odważną decyzję Vidoza i Vianello: spróbowałbym zaistnieć w Ameryce”.
W wieku 13 lat zacząłeś chodzić na siłownię w swoim mieście, Cinisello Balsamo, ponieważ musiałeś zrzucić kilka kilogramów. Kiedy zdałeś sobie sprawę, że możesz osiągnąć sukces w boksie?
„Kiedy trener Biagio Pierri ustawił mnie w prawej gardzie, zyskałem siłę i w końcu mogłem zadawać wszystkie ciosy. Zaraz potem pokonałem mojego brata Antonio, który jest o rok starszy i zawsze mnie bił na ringu. Pomyślałem, że skoro pokonałem jego, to mogę pokonać wszystkich innych”.
Idol z okresu nastoletniego?
„Oczywiście Tyson, ale tylko dlatego, że zarabiał miliardy i oczywiście marzyłem, żeby też tak osiągnąć. Z technicznego punktu widzenia oczywiście Ali i było to wielkie przeżycie zdobyć złoto mistrzostw świata w Chicago w 2007 roku przed nim. Ale moim ulubionym zawsze był Roy Jones Jr. Kiedy poznałem go osobiście, nogi mi trochę drżały”.
Teraz jest Pan adoptowanym Umbryjczykiem. Co pozostało z Pana mediolańskich korzeni?
„Żartując, powiedziałbym, że pogoń za obrotami. Innymi słowy, etyka pracy, która doprowadziła mnie do tego, gdzie jestem: może nie byłem najbardziej utalentowany, ale byłem pierwszym, który pojawiał się na treningach i ostatnim, który z nich wychodził”.
Dzisiaj jest pan trenerem Fiamme Oro: w praktyce rekrutuje pan nowych Cammarelle. Jakie cechy powinien mieć kandydat?
„Przede wszystkim talent, to oczywiste: czyli umiejętność poruszania się na ringu. A potem poszanowanie wartości: ponieważ nie są oni tylko sportowcami, ale będą również reprezentować instytucje”.
