Dziennikarka z Emilii, twarz piłki nożnej w Mediaset: „W gimnazjum marzyłam o zostaniu dziennikarką sportową: udało mi się. Mam fajną pracę, jestem uprzywilejowana, nie pracuję przecież w kopalni…”
Historia Moniki Bertini zaczyna się w Traversetolo, w prowincji Parma, gdzie wraca, aby odpocząć, gdy tylko może, i gdzie jej rodzina prowadzi restaurację. Deska wędlin i placki smażone na oleju jako przystawki, a potem cappelletti w bulionie; pasja do piłki nożnej towarzyszy jej od zawsze, od pierwszego meczu obejrzanego na stadionie (Milan w Pucharze Europy wraz z tatą i dziadkiem) do tych, o których opowiada w swojej magicznej skrzynce, która z marzenia stała się domem. „Telewizja była moją opiekunką, kiedy moi rodzice pracowali, urzekła mnie. W drugiej klasie gimnazjum napisałam w wypracowaniu, że chcę robić to: być dziennikarką sportową w telewizji”. Marzenie się spełniło. Zaczynała w telewizji emiliańskiej, potem Sportitalia, SkySport, teraz jest twarzą Mediaset, ale nie proście jej, żeby grała w piłkę nożną, chyba że jest to dla dobrego celu: „Nie mam poczucia humoru, jeśli mam być obiektem żartów, to wolę tego uniknąć. Robiłam to tylko podczas imprez charytatywnych. Jako dziewczynka najpierw poświęciłam się gimnastyce artystycznej, a potem lekkoatletyce, zawsze byłam starterką w sztafecie z przeszkodami; całkiem niezła na poziomie regionalnym, nic więcej. W końcu w moim życiu zawsze dominowała piłka nożna”.
Jaka była Pani droga?
„Kiedy zaczynałam, w programach sportowych nie było zbyt wielu kobiet. Myślę, że zwiększanie obecności kobiet w studiach nie powinno być obowiązkiem, w przeciwnym razie zamiast nagradzać zasługi, stosuje się przymus, który nie jest dobry. I proszę mi wierzyć, miejsce, w którym pracuję, nie jest środowiskiem męskim, tylko bardziej męskim. Chłopakom i dziewczynom, którzy chcą wykonywać tę pracę, mówię: nie miejcie złudzeń, ale jeśli ja dałam radę, zaczynając od małej wioski i przechodząc przez wiele etapów, to wy też możecie”.
W starym wywiadzie powiedziała, że uroda odegrała jednak pewną rolę w jej karierze telewizyjnej.
„Tak, ale zawsze miałam świadomość, że wygląd zewnętrzny to tylko część i przede wszystkim ta, która najszybciej przemija. Z biegiem lat zawsze pojawi się ktoś piękniejszy i młodszy od ciebie, ale aby cię wyprzeć, musi pojawić się ktoś lepszy. Być może tak, z mniej atrakcyjną twarzą trudniej byłoby mi na początku zaistnieć, nie jestem hipokrytką, ale potem liczą się umiejętności. Przez pewien czas prowadziłam program siedząc na stołku i powiedziałam sobie: ok, ryzykuję, że będę bardziej oglądana niż słuchana, ale czy stołek mógłby powstrzymać moją ambicję, którą zawsze miałam? Wiedziałam, że w końcu wybiję się dzięki moim treściom, które będą podziwiane bardziej niż moje nogi”. Czy ktoś uważał ją za bardziej piękną niż utalentowaną?
„Prawdopodobnie tak, ale nigdy nie powiedzieli mi tego wprost. Nawet w mediach społecznościowych można znaleźć głupie lub wulgarne komentarze, ale na szczęście jest ich niewiele. Powiedziano mi nawet, że jestem prawie „wyjątkiem”, ponieważ mam bardzo niski odsetek negatywnych opinii”.
Czy kiedykolwiek otrzymałaś nieodpowiednie wiadomości od osób ze swojego środowiska?
„Zawsze traktowałam je z lekkością i uśmiechem, ale tak, zdarzały się, nawet od piłkarzy”.

Wyszłaś za mąż za Giovanniego La Camera.
„Byliśmy młodzi, a po ślubie rozpoczęłam swoją „karierę”. Być może zaniedbałam go, ale zawsze wspieraliśmy się nawzajem. W końcu zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy bardziej przyjaciółmi niż mężem i żoną. Teraz mamy inne życie, Giovanni ma wspaniałą rodzinę i cieszę się z jego szczęścia”.
Czy w życiu prywatnym też jest pani szczęśliwa?
„Bardzo. Życie dało mi drugą szansę i teraz jestem z osobą, która bardzo mnie zmieniła na lepsze i pozwoliła mi zobaczyć nową tęczę po burzy”.
W Google użytkownicy wpisują obok jej nazwiska takie hasła jak: życie prywatne, wiek, pensja, kibicka.
„Wiek nie jest tajemnicą, jestem dumna z moich 42 lat. Jeśli chodzi o wynagrodzenie, lubię mówić, że nigdy nie negocjuję, biorę to, co mi dają. To kwestia wdzięczności, uważam, że mam obowiązek tak postępować wobec osób, które chciałyby być na moim miejscu. Mam fajną pracę, jestem uprzywilejowana, nie pracuję przecież w kopalni…”.

Bycie osobą publiczną oznacza jednak również narażanie się na nieprzyjemne sytuacje, takie jak te nieprzyzwoite fotomontaże z jej twarzą. Jaka była jej pierwsza reakcja?
„Zacznę od tego, że wszystko zaczęło się w zeszłym roku od zdjęć, na których byłam w kajdankach, z podbitym okiem, wśród banknotów, opatrzonych absurdalnymi tytułami: „Monica Bertini aresztowana”, „Oto jak stała się bogata”. W tym okresie codziennie pojawiałam się na antenie w programie „Diario del giorno” i uważałam, że to oczywiste, że są to fałszywe zdjęcia. Zgłosiłam jednak wszystko policji pocztowej. Szkoda tylko, że po tych zdjęciach kolejne fotomontaże stały się bardzo wyraźne, a moja twarz znalazła się na ciałach nagich kobiet. Wtedy się przestraszyłam i zdenerwowałam. Poszłam do prawników, rozpoczęło się śledztwo i znaleźli zdjęcia na tej okropnej stronie. Ujawniłam się, kiedy poradziły mi to organy ścigania, i zrobiłam to, ponieważ wiem, że moje zeznania mogą pomóc innym kobietom, które czują się brudne i boją się zgłosić sprawę. Jednak nigdy nie jest za późno”.
Czy w pracy istnieje przyjaźń?
„Oczywiście. Od lat prowadzę czat z koleżankami z pracy, jesteśmy bardzo zżyte i solidarne, cieszymy się z sukcesów innych”.
Czerwiec 2014 r., jej pierwszy post na Instagramie: ona w białym garniturze podczas prowadzenia programu w Sky. Cofając się w czasie, co powiedziałabyś tej Monice?
„Że była dobra i zbyt rzadko jej to mówiłam. Zawsze wymagałam od siebie zbyt wiele, może nawet za dużo. Dzisiaj pogłaskałabym ją po głowie i powiedziałabym, że zasłużyła na te komplementy dzięki nauce, powadze i pasji”.
