Była kolarzka, zdobywczyni koszulki w kropki w Tour de France i druga w Giro d’Italia w 1987 roku, po zakończeniu kariery przeszła transformację płciową: „Najpierw osiągnęłam dno, potem dzieci dorosły i postanowiłam ujawnić się”
Philippa York jest dziś pisarką tak cenioną, że zdobyła nagrodę dla najlepszej książki sportowej roku w Wielkiej Brytanii, przyznawaną przez William Hill, za swoją książkę „The Escape”, napisaną wspólnie z Davidem Walshem. Opowiada o swoim życiu, w tym o tym, kiedy była Robertem Millarem, przez 15 lat kolarzem, który zdobył kultową koszulkę w groszki na Tour de France w 1984 roku i zajął drugie miejsce w Giro d’Italia w 1987 roku. Alpinistką, która zmierzyła się nie tylko z dżunglą peletonu, ale także z wewnętrznym konfliktem, który doprowadził ją do decyzji o zmianie płci na Pippa York.
Pippa, jak opisałabyś kolarza, którym byłaś?
„Jako osobę zdecydowanie inną od tej, która wracała do domu, do rodziny. Kiedy jesteś dobra w czymś publicznym, jak kolarstwo, ludzie mają o tobie opinię, która jednak nie odzwierciedla tego, kim naprawdę jesteś”.
Jak wspomina swoje sukcesy?
„Wynik był ważny, ale przede wszystkim podobała mi się rywalizacja: chciałem mieć wpływ na przebieg wyścigu, nie zadowalało mnie po prostu podążanie za grupą. Jeśli mogłem mieć decydujący wpływ, akceptowałem każdy wynik”.

Co panu się podobało w ściganiu się we Włoszech?
„Uwielbiałem wyścig Mediolan–Sanremo. Po zakończeniu etapu na równinie wspinało się na Turchino: po drugiej stronie wychodziło słońce, widziało się błękit i czuło zapach morza. Podczas tego wyścigu czułem się jak na stadionie o długości 300 km, na którym ścigałeś się w miejscach znanych ze starych zdjęć – tam, gdzie ten wielki mistrz złapał gumę, a tamten zaatakował. Uwielbiałem to”.
Najzabawniejsze wspomnienie z wyścigu?
„Giro 1987. Jedziemy pod górę, pada deszcz i wieje wiatr, w zwartej grupie. Na szczycie każda drużyna oprócz mojej miała kogoś z kurtką i gorącymi napojami. Byli tam ludzie z Carrera dla Stephena Roche’a i Roberto Visentiniego: jestem za Roberto, widzę, że podają mu bidon, ale on go nie chce. Wyciągam więc rękę i biorę go sam. Najpierw pytam Roberto, czy chce, on kręci głową, że nie, więc ją wypijam: to była gorąca czekolada, rozcieńczona czymś, co wydaje mi się, że było grappą. Biorę spory łyk, a potem wypijam wszystko. Wow, co za uczucie… Zaraz potem był zjazd wśród niskich chmur: myślałem, że śnię, przez cały ten alkohol, który wypiłem.
Nie pamiętam nawet, jak zakończył się ten etap”.
Jaka była grupa w tamtych latach, pomiędzy dążeniem do bycia najlepszym a twoimi wewnętrznymi konfliktami?
„Szybko zrozumiałem, jak ukrywać emocje, których podczas wyścigu nie wolno okazywać. Grupa była dżunglą, kolarstwo dziwnym sportem indywidualnym, ale zespołowym, w którym wszyscy byli twoimi przeciwnikami. Lubiłem przebywać w tym niezwykle wrogim środowisku, obserwować, jak każdy reaguje na presję: kto zawsze milczał, a kto się denerwował. Nadmierna męskość wynikała z faktu, że nie było zbytniej różnorodności: wszyscy byli z Zachodu, wszystkich łączyło posługiwanie się językiem grupy, te niepisane zasady, których nikt ci nie wyjaśnia, chyba że popełnisz błąd”.

Co czujesz, patrząc na zdjęcia Roberta Millara na rowerze?
„Nie wstydzę się tego, kim byłem, wręcz przeciwnie, myślę, że powinnam być wdzięczna za to, że pozostałem zdrowy i zdolny do rywalizacji”.
Swoje wycofanie się z kolarstwa określiła jako początek swojej „Escape”, swojej ucieczki.
„Najpierw musiałam dotknąć dna: zmagałam się z depresją; zdarza się to osobom zmieniającym płeć. Myślę, że pierwsze 5 lat po zakończeniu kariery były najgorsze w moim życiu: nie chodziło tylko o to, co czułam w środku, ale także o koniec mojej kariery, wątpliwości co do tego, co pozwoli mi iść dalej”.
Co dało ci odwagę, by żyć otwarcie jako Pippa?
„Nie byłam już osobą publiczną. Miałam dość kolarstwa, chciałam być kimś innym i po prostu żyć w spokoju. Kiedy jednak zaczęłam pisać, nadal używałam mojego starego imienia, Robert Millar, i nie wydawało mi się to już właściwe: prywatność była ważna, ale nadszedł moment, w którym nie potrzebowałam jej już. Było to połączenie kilku czynników: dzieci dorosły i nie potrzebowały już ochrony, poproszono mnie o występ w telewizji, a poza tym chciałam pisać pod moim nowym imieniem”.

Dzisiaj komentuje kolarstwo: jak bardzo zmieniło się ono w porównaniu z czasami, kiedy sama ścigała się?
„Myślę, że ewoluowało wolniej niż społeczeństwo, na przykład w kwestii akceptacji różnorodności. Dzisiaj jednak nie ma już tej nienawiści do rywali, która była w przeszłości: są bardziej przyjacielscy, mają większy szacunek dla siebie nawzajem jako ludzi. Kiedy ja jeździłem, rywalizacja była większa. Pod względem technicznym myślę, że wiele rzeczy się poprawiło, ale taktyka, dynamika poruszania się grupy są zawsze takie same: najsilniejszy jest z przodu, a pozostali z tyłu”.
Czy najsilniejszy jest Tadej Pogacar?
„Kiedy na niego patrzę, widzę kogoś, kto czerpie radość z zabawy i rywalizacji, nie musząc dźwigać takiego samego ciężaru, jaki nosi Remco Evenepoel, który musi ścigać się z dziedzictwem Eddy’ego Merckxa i wszystkim, co oznacza kolarstwo w Belgii. Myślę, że dla Pogacara kolarstwo stało się pełnoetatową pracą dopiero niedawno, również dlatego, że fizycznie jest tak silny, że nie sądzę, by został wystawiony na próbę w 100% swoich możliwości. Potrzebowałby rywala, kogoś na jego poziomie. W grupie nie ma już takiej rywalizacji jak Moser kontra Saronni, do której byliśmy przyzwyczajeni. Kto wie, może jeszcze się pojawi”.
