Była zwyciężczyni z 2004 roku, obecnie jest twarzą programu „Data Room” w Sky: „W domu złamałam zasady, pytając kamerzystę, czy zostaliśmy uratowani: wybuchła burza, ale zostałam ułaskawiona”.

Z domu par excellence, czyli domu Wielkiego Brata, do domu sportu, Sky, ale zawsze z Genoą w sercu. Serena Garitta była zwyciężczynią najsłynniejszego reality show we Włoszech, a obecnie jest twarzą programu Data Room, popularnego formatu opartego na liczbach. Piłka nożna zawsze była jej pasją, którą pielęgnowała od najmłodszych lat i przekazała synowi Renzo, a teraz udało jej się przekształcić ją w pracę.

Serena, 21 lat temu wyszła z domu jako zwyciężczyni: jak się tam znalazłaś i jakie to było doświadczenie?

„Miałam 25 lat i byłam mitem telewizji. Poprzedniego lata wzięłam udział w castingu do programu „Amici”, przeszłam kilka etapów selekcji, ale nie dotarłam do finału, więc spróbowałam ponownie w programie Wielki Brat. To była zabawa, jak kupowanie losu na loterii. Telewizja mnie pociągała, ale wydawała mi się odległa. Byłam dzieckiem lat 80., studiowałam politologię i pracowałam na siłowni. Pamiętam, że zobaczyłam napis na ekranie i zostawiłam wiadomość na sekretarce, opowiadając o wszystkich zdradach mojego ówczesnego chłopaka i o tym, jak je odkryłam… Najwyraźniej ta tragikomiczna opowieść bardzo rozbawiła autorów, którzy mnie przyjęli. Byłam znacznie młodsza niż dzisiejsza 25-latka, w tamtym okresie mojego życia było to wspaniałe doświadczenie, do którego podeszłam we właściwy sposób, z naiwnością. Czułam się jak Alicja w Krainie Czarów. Dla mnie samo dostanie się do programu było już zwycięstwem, ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że mogę wygrać. To całkowicie zmieniło moją ścieżkę kariery i dało mi pewność siebie i poczucie własnej wartości, których brakowało mi, aby podjąć tę pracę. Myślałam, że nie dam rady, ale od tamtej pory pozostałam w telewizji. Za wygrane pieniądze kupiłam dom w Rzymie, który następnie sprzedałam, kiedy zdecydowałam się wrócić do Genui, aby być bliżej mojego syna”.

Czy to prawda, że z powodu Genui, swojej ulubionej drużyny, groziło jej wyrzucenie z programu?

„Tak, zostałam ułaskawiona, ale kibicowaniem nie da się kierować. Przywiozłam ze sobą czapkę i koszulkę, a potem dostali mi inną koszulkę z autografami wszystkich zawodników. W domu nie można było jednak mieć kontaktu ze światem zewnętrznym. Pewnego dnia, kiedy pozostało już tylko trzech finalistów, zmywałam naczynia i słyszałam kamerzystów w pobliżu. W pewnym momencie nie wytrzymałam i zapytałam, czy mogą mi powiedzieć, czy Genoa utrzymała się w lidze. Nikt mi nie odpowiedział, usłyszałam tylko „jesteś silna”, ale wybuchła burza. Na szczęście w tamtych czasach nie było mediów społecznościowych i nic nie wyszło na jaw, ale wezwano mnie i ostro zbesztano”.

Big Brother to wizytówka, ale potem potrzeba czegoś więcej, aby wywalczyć sobie stałe miejsce w telewizji. Jak Pani to zrobiła?

„Wielu znika, ale wielu pozostaje. Sekretem jest zrozumienie niszy, w której można się znaleźć. Finał tej edycji obejrzało 8 milionów widzów, co dało mi ogromną popularność, którą potrafiłam wykorzystać. Kiedy wyszłam z domu, przeprowadzano ze mną tysiące wywiadów na każdy temat, w pewnym momencie wzięłam mikrofon i sama zaczęłam zadawać pytania. Mario Giordano zaproponował mi program „Lucignolo”, byłam korespondentką i od tamtej pory nigdy nie przestałam, pracowałam również dla innych programów. Wykorzystałam empatię wobec ludzi, publiczność identyfikowała się ze mną i moimi nieszczęściami miłosnymi, dlatego wygrałam. Nie byłam najfajniejsza w tym kontekście, ale budziłam sympatię i czułość, cechy, które wykorzystałam również później. Wystąpiłam również w niewielkiej roli w serialu „Blanca”: miałam tylko kilka kwestii, grałam sprzątaczkę: scena była kręcona o 6 rano, bez makijażu i w skromnym ubraniu, ale było bardzo fajnie”.

Jak trafiłaś do „Data Room” i na czym polega ten format?

„Dziesięć lat temu byłam pomysłodawczynią projektu, który powstał w Genui, a od trzech lat jest emitowany w Sky. Kiedy zaproponowano mi „Data Room”, od razu się zgodziłam. Nie jestem dziennikarką, ale użyczam swojej twarzy laboratorium danych, które przekształca liczby w historie. Zaczynamy od liczb, aby opowiedzieć o piłce nożnej i innych sportach. Jest to program, który ma różne formaty, od krótkich relacji podczas meczów po pogłębione analizy z udziałem ekspertów, między innymi Pampy Sosa, Fabrizio Ravanelli, Antonio Candreva i Christiana Panucciego. Moja redakcja ma fundamentalne znaczenie, ale na swój sposób znam się na piłce nożnej. Przeżyłam ją jako kibicka i zawsze oglądałam programy o piłce nożnej. Nie jestem ekspertką, ale wiem, o czym mówię, nawet jeśli muszę się przygotować. W zeszłym roku zajmowałam się tylko pucharami, również po to, aby poświęcić weekend mojemu synowi, który ma 9 lat i gra jako napastnik. Teraz jestem zaangażowana również w weekendy, ale robię wszystko, co w mojej mocy, aby go oglądać. Tego lata uczestniczył w obozie z Genoą, a jego idolem jest Yamal: chciałabym zabrać go na mecz Barcelony i reprezentacji narodowej”.

Czy jej syn nie prosi jej, żeby poznała piłkarzy?

„W rzeczywistości robi coś gorszego: od czasu do czasu przegląda moje profile w mediach społecznościowych, widzi serduszka, które wysyła mi ktoś, kogo zna, i pyta: „Mamo, nie możesz się związać z piłkarzem?”. A ja odpowiadam: „Kochanie, nie jestem już w tym wieku…””.

Ale jakiś piłkarz musiał próbować swoich sił w czasach Wielkiego Brata…

„Ktoś tak, ale wstydziłam się, ponieważ nie widziałam siebie w kanonie kobiety show-biznesu. Byłam bardzo onieśmielona, wydawało mi się to zbyt wiele i dlatego zawsze odmawiałam. Nie czułam się na siłach. Mój obecny partner, Pietro Pisano, zajmuje się komunikacją w świecie piłki nożnej”.

Najpiękniejsze wspomnienie związane z Genoą?

„To z Bagnoli, kiedy zakwalifikował się do UEFA, pamiętam skład zapisany w dzienniku. Jako nastolatka byłam zakochana w Gennaro Ruotolo, teraz kiedy go spotykam, śmiejemy się z tego. W dzisiejszej Genoi podoba mi się Norton-Cuffy: ma niesamowitą siłę fizyczną. W mojej drużynie chciałabym mieć Nico Paza, zrobił na mnie wrażenie. Nie jesteśmy w dobrej formie, ale mamy drużynę, która może nas uratować: trener mi ufa”.

Leave a Reply