Były brazylijski pomocnik: „Arrigo był jak ojciec, Zamparini był dżentelmenem, ale nie miał cierpliwości, a Sabatini nie darzę szacunkiem: dwa razy mnie wyrzucił, nawet mi o tym nie mówiąc. W Rzymie my, Brazylijczycy, robiliśmy to codziennie…”.

Fabio Simplicio pozostał dokładnie taki, jak go pamiętamy z czasów, gdy był piłkarzem. Trochę bardziej okrągły, ale nadal uśmiechnięty. Ma radosny śmiech. A kiedy opowiada, wyrzuca z siebie anegdoty i historie jedna po drugiej. Jakby były to slajdy wyciągane z talii, jeden po drugim, od Parmy po Palermo i Rzym z Tottim i De Rossim. „Daniele jest nieudanym Brazylijczykiem. Miał duszę imprezowicza. Był też wzorem, kibicem na boisku”. Wiele wspomnień. „Przyjechałem do Włoch dzięki Sacchiemu. W Rzymie spotkałem dwie osoby, które zaparły mi dech w piersiach: obie mają na imię Francesco. Jedną z nich widziałem w Trigoria, drugą w San Pietro. Serce biło mi z emocji”.

Fabio Simplicio, przybyłeś do Włoch w 2004 roku. Dlaczego Parma?

„To Sacchi mnie polecił. Mówił, że potencjalnie jestem silniejszy od Kakà. W rzeczywistości Ricardo uprawiał inny sport. Ale Arrigo był dla mnie jak ojciec, a także wielkim sponsorem”.

Pamiętasz pierwsze spotkanie?

„Powitał mnie w mieście i powiedział, żebym zawsze grał ostro. Rezultat? W pierwszych trzech meczach dostałem trzy żółte kartki. Ale on mówił mi, żebym nie poddawał się”.

Parma, jakie to były lata?

„Fantastyczne, chociaż trochę mi zajęło oswojenie się z nowym otoczeniem. Zabierali mnie na kolację do restauracji Morfeo, nie rozumiałem włoskiego i nie łapałem ironii. Potem, jak tylko się nauczyłem, świetnie się bawiliśmy”.

Wspomniał pan o Morfeo, zmarnowanym talencie?

„Mimmo jest wyjątkowy, nie zmarnowany, ale bardzo silny. Miał klasę najlepszego gracza, elitarne umiejętności piłkarskie. Z pewnością mógł osiągnąć więcej. Jest jednym z tych, których umieszczam w panteonie, razem z Tottim. On i Francesco są najsilniejszymi graczami, z jakimi kiedykolwiek grałem”.

A propos Tottiego, pojechałeś do Rzymu dla niego?

„Dwa razy się wzruszyłem: kiedy zobaczyłem jego i kiedy zobaczyłem papieża Bergoglio w Bazylice św. Piotra. Obaj mają na imię Francesco. Proszę mi wierzyć, to coś wyjątkowego. Tak, wybrałem ten klub ze względu na prestiż i możliwość gry z Tottim i De Rossim. Dobrze się bawiliśmy. Mieliśmy grupę Brazylijczyków, którzy codziennie coś kombinowali”.

W tamtych latach krążyły plotki o waszym braku profesjonalizmu. Niektórzy pisali, że przychodziliście na treningi pijani…

„Rzym, jak wiadomo, jest skomplikowanym miejscem, jeśli chodzi o radio, plotki i gazety. Wspaniałe, ale trudne pod względem medialnym. Pamiętam, że kiedy na początku byłem kontuzjowany i nie grałem, mówiono o mnie wiele nieprawdziwych rzeczy. Pomijając wszystko, kilka razy naprawdę przyszliśmy pijani… przynajmniej my, Brazylijczycy”.

Proszę nam opowiedzieć, jeśli można.

„Zaznaczam, że dla mnie szatnia jest świętym miejscem, ale z Ranierim zdarzyło się, że świętowaliśmy brazylijski karnawał w domu jednego z kolegów. Następnego dnia byliśmy jak trupy. Nie widziałem piłki. Claudio nas zbeształ: „Brazylijczycy, co robiliście wczoraj wieczorem?”. I wysłał nas pod prysznic. Po pewnym czasie śmialiśmy się z tego. Często się z nas nabijał. Ale to nie jedyna rzecz, jaką zrobiłem… Chciałbym opowiedzieć o innej”.

Proszę bardzo.

„Kiedyś wjechałem samochodem do fontanny w Parmie. Byłem pijany i nie udało mi się zatrzymać. Można powiedzieć, że była to młodzieńcza głupota…”.

Wróćmy do piłki nożnej. Czy to prawda, że Mourinho chciał cię pozyskać?

„Tak, byłem bardzo bliski przejścia do Interu. Rozmawiałem nawet z Morattim i wiem, że Mou chciał mnie mieć na środku pola. Wszystko się nie udało z powodu kwestii finansowych i kontrpropozycji, ale chętnie bym tam poszedł. Nie było jednak tylko Interu, miałem wiele innych możliwości”.

Juventus?

„Tak. W tym przypadku zadzwonił do mnie Amauri i powiedział, że bianconeri mnie obserwują. Chciałbym znowu z nim grać, ale cieszę się, że trafiłem do Romy”.

Czy jest ktoś w Twojej karierze, kto Cię rozczarował?

„Zawsze miałem dobre relacje z wszystkimi, ale był jeden dyrektor, który mnie nie znosił” .

Kto?

„Walter Sabatini. Wyeliminował mnie zarówno w Palermo, jak i w Rzymie. W Palermo wziął Pastore zamiast mnie, więc nie mam nic do powiedzenia, ale po prostu chciał kogoś innego niż ja. Bardziej niż same decyzje, bolało mnie to, w jaki sposób to zrobiono. Nikt nigdy nie zapytał mnie o zdanie: po prostu powiedziano mi „musisz odejść”. Wystarczy”.

Miał pan okazję porozmawiać z nim o tym później?

„Nigdy, zero kontaktu. Ale mi to nie przeszkadza. Nie podobało mi się jego zachowanie i nie szanuję go, koniec”.

W Palermo doszło również do konfliktu z Foschim. A przynajmniej tak napisano w gazetach…

„Tylko na początku. Zadzwonił do mnie do Mediolanu, żebym podpisał kontrakt, i zmienił warunki umowy. Nie zgodziłem się i odszedłem. Potem Zamparini postawił na swoim: „Chcę Simplicio teraz” i zaczął krzyczeć. Zadzwonili więc do mnie ponownie, zmienili kilka rzeczy i podpisałem kontrakt. Potem z Rino żartowaliśmy z tego wiele razy”.

Prezes też był osobą szczególną…

„O tak, miał kilka obsesji. Ale wobec mnie zawsze zachowywał się jak dżentelmen. Ciągle zmieniał trenerów: w pewnym momencie miał pod kontraktem 4-5 osób. Wystarczyły dwa źle rozegrane mecze, żeby stracił cierpliwość. Mi mówił, żebym zawsze atakował”.

Czym zajmuje się dzisiaj Simplicio?

„Prowadzę wiele działalności, między innymi restauracje, sklepy i parki rozrywki. Lubię też odkrywać nowych graczy, oglądać wiele meczów. Ale mam marzenie: zostać prezesem klubu”.

Takim jak Zamparini?

„Może trochę bardziej cierpliwym, no cóż…”.

Leave a Reply